Fill the signin form and go to your private zone.
Las zielonych kontrolek
18 marca 2009
Było ciemno. Za ciemno, a i tak przymknąłem drzwi: klaps, zamek zatrzasnął nas wewnątrz; żywej duszy, żywego ciała, nic nie widać, nawet własnej dłoni. Przykładam ją sobie do oczu i nic nie dostrzegam. – Gubię się w mroku – wymamrotała w końcu, więc sięgnąłem ściany. [...]
Było ciemno. Za ciemno, a i tak przymknąłem drzwi: klaps, zamek zatrzasnął nas wewnątrz; żywej duszy, żywego ciała, nic nie widać, nawet własnej dłoni. Przykładam ją sobie do oczu i nic nie dostrzegam.
– Gubię się w mroku – wymamrotała w końcu, więc sięgnąłem ściany.
Poczułem pod obeschniętymi opuszkami palców obły kształt, śliskość plastiku. Cyk. Rzędy dziesiątek podłużnych świetlówek rozbłyskają naraz jasnoniebieskim światłem.
– Już.
– Przecież widzę, że już.
– Spoko.
Po pięciu sekundach moje oczy przyzwyczajają się do światła, powoli kojarzę fakty, powoli rozpoznaję kształty, rozpoznaję ją. Mocny makijaż, letnia sukienka w środku zimy, amorfia włosów: pną się i opadają na kark, nakrywają ramiona.
Idziemy powoli po litym betonie, przemieszczamy się bez trudu, jakbyśmy na orbicie prędzej się znajdowali niż pod poziomem morza. Osiągamy cel ostatnich stu kilkudziesięciu kroków pełznięcia.
Jest jedno takie miejsce. Z zewnątrz wygląda na zatęchłą suterynę. Ubrawszy się porządnie na wypadek niespodziewanej zamieci, zachodzę tam często w styczniach i lutych, kiedy wiatr szarpie z natarczywością dwulatka omszałe kikuty olch, jesionów i sosen. Ledwo po lekkim uchyleniu odrzwi i pierwszym, zdekoncentrowanym spojrzeniu okazuje się być ono Zapomnianym Królestwem.
Schodami w dół skrętno-posuwistymi ruchami pędzą niezgrabne wije, stonogi o odwłokach w kolorze wyblakłego grafitu. Uciekają przed moimi krokami. Dalej jest łatwiej, dalej jest już płasko: hale zagracone ogromnymi kadziami wypełnionymi po sam szczyt czymś, co w życiu nie śniło się inżynierom, technologom, chemikom, rozciągają się na przestrzeni kilkudziesięciu arów; łożyska potężnych wentylatorów o sześcioramiennych wiatrakach, nadmuchujących na rozgrzane do czerwoności blachy radiatorów, zgrzytają z ultrawysoką częstotliwością; nieskończona aparatura silników połączonych ze sobą na pierwszy rzut oka bez poważniejszej logiki piszczy, pracuje, myśli. Z góry arteriami kanałów i rur cieknie woda, obija się o zgięcia kolanek, trójników donośnymi chlapnięciami, przepływa przez pompy i mknie bez celu przed siebie, znajdując swoje ostateczne ujście chyba dopiero w morzu.
I ponad wszystko jest hałas, wszechogarniający hałas tłoków, turbin, stali pokrytej kilkunastocalowym nalotem rdzy.
Meritum, sercem tego podziemnego organizmu jest szereg szaf elektrycznych, pnących się do góry aż po sklepienie. Migają na nich zielone lampki. Tysiące drobnych światełek, nadzorujących pracę całości, tkwi bez ruchu w chłodnym żelazie, wtapia się w zautomatyzowane cielsko matki. Są jak oczy tej machiny, wiecznie otwarte oczy drapieżnika, namiętnie czuwającego nad upolowaną zdobyczą. Patrzą i obserwują nawet podczas snu. Widzą nas.
Widzą nas: jak siadamy na kocu u podnóża odrapanego z białej farby filaru, podtrzymującego strop. W półparterze zmienia się perspektywa. Koc jest brązowy, w beżową kratę. Jest podziurawiony przez mole, leżał tutaj jak szmata, przy żebrach kaloryferów. Ale siadamy.
– Spójrz, te zielone płomyczki tam, we wnęce, wyglądają jak las – mówi ona.
– Tak, jak las zielonych kontrolek. Jak najprawdziwsza puszcza pełna dzikich zwierząt.
I wkłada rękę do kieszeni, wyciąga paczkę zapałek.
– Grzechotka.
– Grzechotka – potwierdzam.
Zaczynamy stukotać zawartością. Powietrze stoi.
– To jeden wielki, rubaszny dowcip.
Czas mija. Patrzymy przed siebie. Ja na nią – jest z boku – potem znów przed siebie.
Lampki połyskują wątłą łuną i wszystko staje się coraz bardziej zielone, nawet koc, na którym siedzimy, nawet powłoka betonu, szarzejące płaszczyzny odrapanych ścian i obrysy kolumn. Nawet my, czyli nasze twarze. I wasze. Zielenieją z zazdrości, że nie ma dla nich miejsca w tej bezpłciowej anegdotce.
















Brak komentarzy
Dodaj komentarz