Fill the signin form and go to your private zone.
Zabiję cię za te słowa
22 kwietnia 2009
Wszystko odbyło się według starych zasad, gdyż każde z przesłuchań przeprowadzano według standardowych procedur, to znaczy: ŻADNE zasady nie obowiązują. Wprowadzono go do ciasnego pomieszczenia na jednym z ostatnich pięter gmachu Prokuratury. Przez wąskie, obdarte z zasłon okna przebijały się bujnie promienie słoneczne. Oczywistym pozostawało, [...]
Wszystko odbyło się według starych zasad, gdyż każde z przesłuchań przeprowadzano według standardowych procedur, to znaczy: ŻADNE zasady nie obowiązują. Wprowadzono go do ciasnego pomieszczenia na jednym z ostatnich pięter gmachu Prokuratury. Przez wąskie, obdarte z zasłon okna przebijały się bujnie promienie słoneczne. Oczywistym pozostawało, że rozświetlały twarze wszystkich wcześniej inwigilowanych więźniów, opadając ciężko na proste, wręcz prymitywne krzesło, ustawione w samym centrum klitki. Należało to do szeroko pojętej definicji manipulacji już i tak stetryczałymi umysłami ofiar.
Było samo południe, gdy postawiono Maxa H. przed oblicze jego osobistego oskarżyciela. Necker – bo tak się nazywał – siedząc za mahoniowym biurkiem i wertując nieskończenie, zdawałoby się, grube akta konspiracyjnych dokumentów, w skupieniu przyglądał się skazańcowi. Jego świszczący oddech był wyraźnym symptomem poważnej choroby układu oddechowego. Tkwił w ten sposób przez dłuższą chwilę, sapiąc i dysząc. W końcu odezwał się:
– Mam nadzieję, że przyznacie się do winy, towarzyszu.
Cisza gęstniała, H. milczał.
– Rozumiem, iż macie pełną świadomość popełnionych zbrodni, czyż nie? – kontynuował przesłuchujący – Problem w tym, że muszę to od was usłyszeć. Jeżeli nie odpowiecie, będę zmuszony do użycia bardziej oficjalnych argumentów.
H. milczał dalej. Czas, odliczany przez sporych rozmiarów zegar, wiszący na jasnej ścianie nad wejściem do pokoju, nieubłaganie mijał. Ten kazus – bezwzględność nadejścia nieuniknionej przemocy w perspektywie upływających sekund – to było najpotężniejsze oręże w rękach tamtego. Tak naprawdę jednak zrozumienie powagi chwili nie zdawało się wpływać na H. destrukcyjnie. Wciąż były to zwyczajne czynności śledcze, jakich doświadczał był w przeciągu ostatnich miesięcy już niejednokrotnie.
Max to widzi. Najszczuplejsza wskazówka czasomierza porusza się coraz szybciej, coraz żwawiej, jak gdyby to ona, nie Necker, miała za zadanie uniemożliwić mu jakąkolwiek formę obrony. Milczy więc, w poczuciu bezradności wobec śledczego, tracąc powoli wszelkie pozostałe jeszcze skrupuły. Coś w nim pęka: „jeśli nie dziś, nie powiem nic już nigdy więcej” – myśli.
Urzędnik wstał bez rozmachu. Zataczając znacznych rozmiarów okręgi, dobrnął w końcu do miejsca, w którym pozwolono spocząć H. Nachyliwszy z niemałym trudem twarz ku przesłuchiwanemu, odkaszlnął, po czym, spokojnie rzekł:
– No, to jak będzie? Przecież obaj wiemy doskonale, że musisz to powiedzieć, nawet jeżeli nie jesteś winny.
– Ja nic nie wiem – wymamrotał przez zaciśnięte zęby H.
– W takim razie pokażę ci, co masz wiedzieć – powiedział tamten, po czym – odszedłszy na krok czy dwa w kierunku biurka – skłonił się z niemałym wysiłkiem ku dolnym szufladom mebla. Z jego ust dobył się świszczący skowyt i doznał nagłego napadu kaszlu, ciężkiego, gruźliczego kaszlu.
Max spojrzał na przeginającą się, wątłą z tego prospektu postać, a ona usiadła, po czym – sięgnąwszy w dół – wyciągnęła spomiędzy niedbale rozrzuconych kartek, które naraz uniosły się w górę, kawałek drewna o kształcie przypominającym pałkę, nieco jednak wyprofilowaną, o gumowej rękojeści, zakończoną sporych rozmiarów trzonkiem. Kaszel wnet minął. Necker wyprostował się na krześle i spokojnie, jak gdyby nigdy nic, stwierdził:
– Teraz zaczniemy rozmawiać inaczej.
Ale z początku nawet się nie przybliżył. Siedział bez ruchu na krześle, spoglądał w okno. Po około minucie wstał, ułożył przygotowane narzędzie równo na blacie, a następnie postawił dwa, może trzy chwiejne kroki w kierunku ciągu szaf i meblościanek stojących z lewej strony biurka.
Po cichym szmerze, oznajmiającym przekręcenie klucza w zamku, najpierw wzrok, a potem wszystkie zmysły naraz rejestrują barek. Jest oświetlony jaskrawym światełkiem lampki halogenowej wmontowanej w drewnianą konstrukcję. Kolorowe butelki i flakoniki, mieniące się refleksami w blasku świetlówki, są w głębokim nieładzie; wypełniają je alkoholowe treści w odcieniach brązu i karminu, gdzieniegdzie trafi się odpieczętowana flaszeczka, na pierwszy rzut oka bez zawartości, po chwili głębszego zastanowienia rozumie się, że to czysta wódka, tak przejrzysta, że aż transparentna.
Necker wyciąga dłoń po literatkę, w poświacie widać, jak skóra bardzo jest czerwona, gorejąca szkarłatem jak mięso, mięso świeżo ciepłe po niedawnym uboju. Szereg kieliszków, szklaneczek i lampek rozdzwania się pod wpływem tego labilnego ruchu: szkło uderza o szkło; on stawia literatkę na drzwiczkach i nalewa z którejś z butelek do połowy, po czym, nieustannie dzierżąc w prawicy złotawe naczynie z niknącą cieczą, wypija duszkiem. Niewystarczająco. Dolewa i pije do dna raz jeszcze.
Tuż nad wnęką barku znajduje się wolna przestrzeń, gdzieś w jej obrębie migocze metalowa papierośnica, raptem pojawia się wewnątrz pięści śledczego, on wyciąga jednego i zapala. Dym miesza się ze światłem, w górę unoszą się niebieskie chmury, z wolna szybują pod parytetem sufitu.
Dopiero gdy papieros wypalił się do trzech czwartych i umiejscowił go w rynienkach kryształowej popielniczki, leżącej spokojnie zaraz obok sterty papierzysk i pałki na biurku, wziął ją do ręki i począł zbliżać się do krzesła zajmowanego przez H. Oczy zaszły mu dziwną karmazynową mgłą, tętniczki białek nabrzmiały.
Pierwsze uderzenie było najbardziej nieoczekiwane, bo Z ZASADY pierwsze uderzenie przychodzi dokładnie w tym momencie, gdy postawiłbyś wszystko na to, że jednak nie nadejdzie. H. poczuł tępy ból, narastający w lewym nadgarstku i pulsujący wraz z przemieszczaniem się wskazówki ponad jego głową. Czuł ją, mimo że nie była w zasięgu wzroku. Kolejne ciosy stanowiły wyłącznie kwestię tego samego – miarowego tykania sekundnika. Necker mnożył się, a właściwie dłoń Neckera, ta, w której trzymał pałkę, multiplikowała się jakby w nieskończoność. Jej zarys ginął w dziesiątkach bliżej nieokreślonych sekwencji nieostrych ruchów.
Obrzęk lewej dłoni potęgował się, a prywatny kat H., nie ograniczany żadnymi prawami, z opętaną furią w oczach, niszczył coraz większe połacie organizmu Maxa. Okładał teraz drugą rękę, zwiotczałe mięśnie były nadto zmęczone, w żaden sposób NIE MOGŁY oponować. A nawet gdyby mogły – skrępowane były linkami, wiążącymi tę coraz mniej wyraźną postać do drewnianego mebla, który stał w środku, który był niemym świadkiem intensywnego procesu spowiedzi.
Tytoń w papierosie spalał się powoli, daleko jeszcze było do całkowitego spopielenia; tlił się łagodnie, stopniowo odkładając się w lazur trującego morza ponad ich głowami.
Necker nie planował już teraz punktów ataku. Bił go po głowie, po klatce piersiowej, grad ciosów opadał na bezbronne ramiona. Trafienia rozsiewały coraz gęstsze sińce na każdym centymetrze kwadratowym skóry. Napuchnięte tkanki mlaskały, rozbrzmiewając donośnym echem wraz z kolejnymi natarciami.
Max upadł razem z krzesłem wprost na utytłaną powierzchnię beżowego gumolitu. Znajdowały się na niej ślady wcześniejszych walk, obumarłe włosy, czarne szramy po podeszwach butów, zatłuszczone linie, odciski palców, skóry.
Twarz miał zakrwawioną i włosy całe umazane głęboką czerwienią; najgorzej jednak było w okolicach uszu, z których drobne strumyczki, spływając w dół, żłobiąc wąskie koryta w szczecinie niezadbanego zarostu, rozlewały się brunatnymi plamami kałuż na policzkach. Brud z podłogi mieszał się z potem, mieszał się z zasychającą krwią, w słonecznych łunach dostrzegał Max setki drobinek kurzu: niektóre wisiały po prostu w jasnym powietrzu, inne wirowały dokoła; zabawiając się, krążyły między sobą.
I to był ten moment. Zbierał razy na długo przed tym, ale ów moment, owo trafienie gdzieś poniżej karku sprawiło, że po raz pierwszy w życiu nie udało mu się opanować zawrotu głowy. W piersiach poczuł raptowną duchotę, ciepło sunące po całym ciele, rozszarpujące wnętrze. I ono zaprowadziło go do automatyzacji odczuwania. Zaskowyczał. Nie kontrolował odruchów. Gdy Necker rozpoczął zbliżać się ku nerkom, mdłości nadeszły w jednej z ostatnich sekund, miarowo odmierzanych przez nachalnie szalejący zegar, a ciemność otuliła na wpół przytomny wzrok. H. zemdlał.
Zabrało Neckerowi jeszcze dosłownie parę ciosów, by służbowemu obowiązkowi stało się zadość. Również cierpiał. Na rękach i czole wisiały gęste krople potu, resztę twarzy umazaną miał osoczem ofiary. Gdy przesunął zewnętrzną powierzchnią dłoni tuż pod linią rzadkich włosów, rozmazał płyn ustrojowy zmieszany z potem, namaszczając się krwawym krzyżmem. W gorszym stanie znajdowały się palce, zaciskające się wokół trzonka pałki, niczym szczęki drapieżnika zaciskają się na szyi ofiary: były posiniaczone od tytanicznego wysiłku, ze świeżymi pęcherzami na zgięciach stawów.
Niepewnie zbliżył się do uchylonego barku i chciwym ruchem przytknął butelkę do ust. Pił łapczywie. Po trzech głębokich łykach otrząsnął się i po cichu powiedział coś, ni to w kierunku ścian, ni to do siebie.
Sięgnął po papierosa, ponieważ wcześniejszy nie przetrzymał próby czasu. Zapałki zachrzęściły w pudełku.
Zapala. Teraz stoi przy oknie, patrzy na bawiące się dziewięć pieter niżej dzieci. I pali. Oddech ma nierówny, powietrze na brzegu jego warg tańczy. W końcu cofa się, odwraca głowę i wtedy dzieło w końcu zostaje zwieńczone. Wulgarne splunięcie. Bezkształtna masa szaro-żółtej flegmy ląduje tuż obok głowy H. Pada ostatnie zdanie, na wpół trzeźwo dobywa się z ust oprawcy:
– Popracuj jeszcze nad ortografią, synu.
Uchyliwszy drzwi, Necker opuszcza izbę. Z zewnątrz napływa słodki, orzeźwiający chłód. Przynoszą go umundurowani mężczyźni, którzy w kolejnej sekundzie, w ciszy odwiązują od krzesła wiotkie, bezbronne ciało, podnoszą je z podłogi. Wychodzą bez słowa. Na gumolicie ogniska krwi błyszczą się w słońcu.
















Brak komentarzy
Dodaj komentarz