Trzeci dzień ćwierkania

19 czerwca 2009

0 komentarzy

I M P R E S J A O czwartej zaczęło paskudnie siąpić. Leżał na wilgotnej łące i chciał, żeby ta powódź, sunąca mozolnie z nieba, go zalała, żeby w niej utonął: niczym głaz, który ktoś rzucił w głębinę i nurza się, i tonie. Słońce [...]


I M P R E S J A

O czwartej zaczęło paskudnie siąpić. Leżał na wilgotnej łące i chciał, żeby ta powódź, sunąca mozolnie z nieba, go zalała, żeby w niej utonął: niczym głaz, który ktoś rzucił w głębinę i nurza się, i tonie.
Słońce wschodziło spokojnie. Pojedyncze hausty pyłu gwiezdnego stanowiły błękitnawe blaski w lewej, ustronnej części nieba. Gęste chmury wyłożyły się tam wertykalnie odwróconym dywanem szarości, nie zezwalając promieniom na nic prócz mdławych eksplozji wyblakłych barw. I nic niezwykłego zwyczajnie nie mogło się stać, nie mogło się zdarzyć: woda ciekła, szumiał nieodległy strumień, a wszechobecne trawy szeleściły, uginając się pod ciężarem kropel deszczu; ich źdźbła, tarmoszone przez wiatr, wywijały dziwaczne figury.
I kiedy to wszystko trwało, ciężko nawet powiedzieć, że trwało, prędzej było, tamten znajdował się daleko od chwili, nieznane receptory w jego ciele wyłapywały sekundy inne całkiem od bieżącej, momenty rozsunięte wzdłuż długiej na miliony kilometrów linii. A ona nie była prosta ani ciągła – gubiła się w zakolach, rozszarpywała własny bieg, niknęła w obcych rewirach czegoś, co kiedyś już się zdarzyło.
– Skończone, wszystko skończone – szeptały, zdawać się mogło, tęczowo błyszczące się chrząszcze, drepcząc u podnóża ogromnych z ich perspektywy łodyg.
Tak jest w rzeczywistości. Łzawość retrospekcji przyprawia o drżenie pewnego aroganckiego mięśnia w jego klatce piersiowej. Bezlitosne: ciągłość i niezmienność, niestworzone fabuły i Bezkres.
Wszystko rozgrywa się w głowie, on widzi wiecznie zielone liście, dostrzega drastycznie łamliwe betonowe płyty pogrążone w wysokich krzakach pokrzyw; wszędobylską kostkę brukową; zdezorganizowane dźwięki i dzikie zmęczenie, narastające z dnia na dzień, kumulujące się gdzieś u podstawy czaszki.

Najrealniejszy pejzaż rozpościerał się w moich oczach. Dachy odległych domów spowite były ciężką mgłą. Wyglądała jak niskie chmury i panoramicznie rozciągała się wszędzie, aż po określone miejsca. Pachniała późną, nadgniłą wiosną, czasem niechcianych miłostek; z rozbrajającą prężnością lgnęła ku ziemi, wirując i tańcząc, by u mety spotykać wszędzie porozrzucane, sypiące się ze starości szkielety. Szkielety prehistorycznych zwierząt, które wyginęły były w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach i stanowią dla mnie zagadkę bez rozwiązania.
Budzę się tuż przed piątą, a deszcz mży. Rozgrywa na dachach pojedynek szachowy, patując co ruch w Wiecznym Remisie. Znużywszy się postępującą algorytmizacją, wstaję zapalić. Na korytarzu jest jeszcze ciemno. Nigdy już nie będzie inaczej – przebiega mi naraz przez myśl – skończone, wszystko skończone. Mogę wdychać i wydychać tę szarość, marzyć o historiach z podręczników do historii, gonić odbicia i nic to nie da.
A wczoraj było tak samo. I przedwczoraj. Wróble uwiły sobie gniazdo w konarach owocującej nieopodal czereśni. Teraz kiście ciemnoczerwonych jagód migają w południe, a liście szemrają bezwiednie przy najdelikatniejszych ruchach powietrza. Ptaki, przeskakując z gałęzi na gałąź, chandryczą się między sobą; goniąc za szpakami, zręcznie pikują i podnoszą się w górę, ku liniom wysokiego napięcia, i narzekają w swoich miarowych piosenkach na wszystko, co zostało stworzone.
Trzeci dzień z rzędu zdarza mi się wstawać za wcześnie i wpatrywać się w czubki topól, kołysane przez wiatr, i słyszeć newralgiczne tony kłótni ptactwa. Nie dają mi spać. Nie daję sobie spać. Nie umiem już spać. Trzeci dzień ćwierkania z rzędu jest dniem rozrachunku
– W apoteozie chciałbym wyssać z siebie wszystko, co spoczęło na zawsze gdzieś wewnątrz, i nie umiem. Te miniatury olejne z granatowymi księżycami, rozklejaną upałem i duchotą stal szyn kolejowych odchodzą poza ramy deskrypcji . Wrzaski ciał fizycznych, wykrzyczane jedyny raz, ustawiają się poza granicą możliwości powtórnej artykulacji. – Nie umiem. –

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

2 + 9 =