Człowiek-jesień

28 lipca 2009

0 komentarzy

Za załomami betonowego muru wszystko było teraz inne. Podczas gdy mieszkańcy miast, lokatorzy wieżowców o pościeranych schodach, gnieżdżą się w dusznych, ociekających półmrokiem klatkach, a lamperie ich ścian wymazane są malunkami graficiarzy, tutaj przestrzeń wciąż pała nieujarzmioną dzikością: pnącza i zdrewniałe liany lawirowały w chaosie [...]


Za załomami betonowego muru wszystko było teraz inne. Podczas gdy mieszkańcy miast, lokatorzy wieżowców o pościeranych schodach, gnieżdżą się w dusznych, ociekających półmrokiem klatkach, a lamperie ich ścian wymazane są malunkami graficiarzy, tutaj przestrzeń wciąż pała nieujarzmioną dzikością: pnącza i zdrewniałe liany lawirowały w chaosie gałęzi pierwotnych drzew, szukających światła w górze, ponad chmurami; akurat to nie różniło ich położenia od scen z poblakłych tapet w tamtych mieszkaniach, które – całe wyścielane florystycznymi ornamentami wijącymi się jak żywe węże – wślizgują się do lodówek i pralek, do telewizorów, łaskocząc delikatnie nozdrza gospodarzów programów rozrywkowych nadawanych przed jedenastą wieczór. Niebo spada z łomotem na ziemię i łączy się, aktywnie koegzystując, z monstrualnymi konarami i dzikimi kwiatami. W tym miejscu zawsze mam dwanaście lat.

Późnojesienny wieczór łagodnie opada na mój ogród. Po omacku szukam żółto-zielonej furtki o chłodnej, stalowej, gdzieniegdzie pordzewiałej ramie, której dotykam z szelestem kapiącym jak woda w czasie pierwszych lutowych roztopów. Cisza sączy się w moich uszach; ptaki odlatują do ciepłych krajów, obniżają lot, zawisają i przez chwileczkę oscylują tuż ponad linią gruntu, by po raz ostatni zaczerpnąć resztek mdłych oparów znikającego ciepła ziemi; grzyby zdążyły zgnić, słońce zgasło. Zobacz, jest – jest klucz w podartym zamku, klucz do miejsca, w którym nic nie wygląda, jak winno wyglądać naprawdę.

Przekraczałem byłem bramę zwykle w erze ciepłego, parnego lata, kiedy wszyscyśmy oddychali co dzień malaryczną duchotą. Porzeczki i agresty gnieździły się mocno na delikatnych gałązkach krzaków, mieniły się różnorakimi barwami i uginały pod własnym ciężarem; przestrzeń była pijana zielenią i przesadną bujnością, wszechobecnym flegmatycznym gniciem; nawałnice gorących deszczy i burz nadchodziły jakby znikąd, zacierały się w niepojętych okolicznościach.

Musisz znać to panujące w owych momentach drżenie – gdy jasne obłoki mijają wolno, rozświetlane są przez słońce w wiecznym zenicie, by wtem, raptownie, powietrze wstrzymać miało oddech, a świat – zniknąć w ciemności jak przy pełnym zaćmieniu.

Teraz deszcz i chmury, sunące w dół, odmawiają powrotu do kondycji lipcowych nocy
i poranków, jakie spędzaliśmy razem, śpiewając i tańcząc, sunąc gołymi stopami po trawie zroszonej poranną mgłą, dezintegrowaną przez pierwsze promyki brzasku – i nas samych, opychających się niedojrzałymi jabłkami. Usta cierpną na samą myśl o cierpkości twardych śliwek
i wciąż zielonkawych tarnin.

Byłem tam i wtedy, jednej jesieni jak teraz, próbując dobrnąć do matecznika tego nieogarnionego terenu: czarnego jak smoła, jak mętny, dwutygodniowy śnieg. Moje nogi grzęzły w morzu butwiejących liści, do twarzy co chwilę doklejała się zamarzająca mżawka i wczesnozimowy wiatr, który przez następne miesiące rozrywa wszystko żywe na wpół swoim bezpostaciowym cielskiem, nijak osłaniając poszczególne składowe organizmów przed gorszymi rzeczami.

I byłem sam. W ciemnej trawie migotały setki opalizujących punktów, to były oczy owadów, które czekają w swoich ciepłych, bezpiecznych norach na nadejście pierwszych przymrozków, a potem śpią do początków marca; zdawało mi się, że potrafię uchwycić wibracje ich oddechów, lecz ich nie było: byłem sam

Patrzyłem przed siebie, w smolistą maź nocy, błyskały czasami światła przejeżdżających w dali samochodów, ale i one były jak gdyby jednorazowe, niknęły po chwili. Później pozostał już wyłącznie jeden potężniejszy połysk, sączący się z ram okna, zwężająca się jaskrawa smuga żarówki, nadająca zamierające sygnały w alfabecie Morse’a. Zrazu, uschnąwszy, jej złotawa plama rozpuszcza się w toni zimnych refleksów migoczącego telewizora z całym spektrum ich błękitów.

Stałeś w tym blasku, wzrok wlepiając w czerń albo burość; w nieistniejące kontury, które można by wyłapać tylko jakimś nieosiągalnym dla myśli wizjerem ze szkła i metalu; jakimiś tajemnymi roztworami srebra albo złota wyostrzyć. Widziałem twój kształt i z tyłu jeszcze coś, czego nie można jednoznacznie określić, czego nie mogłem zrozumieć.

Od samego początku wiedziałem, że istniejesz, i przede wszystkim to, że ktoś stoi za twoimi plecami i obnaża mruczące zorze swoich oczu. Na tym planie wyglądałeś jak pies bez domu – pies, któremu trzeba dawać jeść, by nie zdechł – tak bardzo był ten ktoś w odleglejszej perspektywie.
I potem nagle nie mogłeś już patrzeć. Co chwilę, odchylając do tyłu głowę, dawałeś nieme znaki, że to koniec.

Mijam teraz furtkę, pierwszy szereg buków i przypominam sobie, co jest dalej i jeszcze dalej.

W najodleglejszym zakątku ogrodu, gdzie tryskają brunatno-szare źródełka, przelewają się przez brzuchy ciemnogranatowych stawów, tam rozciąga się wąski cypelek gołej ziemi. Trawy wokół niego są wiecznie zielone, a bagnista woda oczek odbija przestworza nieba. Pływają w niej małe rybki podobne do najstraszliwszych bestii morskich; penetrują zakątki dna, z rzadka zbliżając się niebezpiecznie blisko ku skrajnym, zewnętrznym taflom.

Otóż tam, z założonymi rękoma, siadywał on. Tkwił na ziemi i patrzył w przejrzałą letnią zieleń, w pomarańczowe smugi zachodu, walające się po ziemi, łypiące zewsząd rdzą ogrodowe narzędzia. Były wszędzie, naprawdę wszędzie, wystawały z wody, spomiędzy kępek darni, z koron drzew.

Jego postać była natomiast stara i zniszczona: leciwe, dziurawe łachmany w słońcu lgnęły do zgrzanej skóry, opinały go całego – tak jak akwalung opina ciało płetwonurka – by zaraz potem, pod wpływem lekkiego tchnienia powietrza zwinąć się i roztańczyć. Jeślibyś zbliżył się kiedy na wystarczającą odległość, mógłbyś poczuć prastary odór, trawiący tkaninę od wewnątrz.

Nigdy nie widziałem go innego, zawsze te same zniekształcenia twarzy, ten sam ubiór: wytarty, poplamiony surdut rozlewał się drobną niebieską plamką na potężnym tle ogrodu, workowate spodnie i znoszone gumofilce poruszały się przy każdym jego kroku, jak gdyby chciały uciec z tego monumentalnego więzienia. Na jego ramiona opadały siwiejące kłaki, wiły się, wplątywały w poły noszonego pod kurtką wzorzystego swetra.

Ale i tak najwięcej brudu było na tej jego twarzy, która nieustannie krzywiła się w opętańczych grymasach, zmieniała wcielenia. Bujny zarost srebrzył się po bokach, tuż przy uszach, otaczał pełne smutku i rezygnacji spojrzenie, duży nos i poorane głębokimi bruzdami policzki. I wszędzie na nim i w nim osiadał kurz, na brwiach i rzęsach, drgał w białkach oczu, unosił się w wydychanym powietrzu, był wszędzie i wszystko było ciemne od skumulowanego w nim brudu.

Najważniejsze pytanie, jakie stawiam sobie, dryfując przez morze cierni i karłowatych sosen, wcale nie brzmi już tak samo. Brakuje nawet wahania w tonie mojego głosu, który wraz z siąpiącym deszczem, bezustannie mamrocze we mgle. Nie umiem powrócić tu w ten sam sposób jak wtedy: nie będzie gorączkowych przysiąg pod krzakami leszczyn ani nawet tych samych ścieżek, wydeptywanych tysiącami kroków mieszkańców mojego domu, domu, który straciłem i którego już nie ma. Wszystko pozarastało. Jak mój umysł, w którym tylko pamięć pozostaje jeszcze nietknięta postępem technicznym i wszędobylskimi billboardami, migoczącymi neonami, jakie rozpierają feeriami barw nawet najbardziej szare miasta, nawet najbardziej obskurne ulice.

W końcu udało mi się dotrzeć do miejsca, gdzie szarym grzechotem otrzeźwiał nas zawsze drobny szuter – z dróżki, wijącej się zakolami po całej przestrzeni, ogrodzonej skondensowanymi szpalerami żywopłotu i metalowej siatki, pozostały pojedyncze kamyki. Gdy kopię je moimi skórzanymi trzewikami – czy słyszysz, jak turlając, obijają się o siebie, a po chwili giną w szeleszczącej trawie?

Stąd to już tylko chwila spaceru i jest ów kawałeczek przestrzeni zbitych brunatów, gołych drzew, połyskujących wód i chłodu powietrza tuż nad powierzchniami stawów. Tak sobie to wszystko wyobrażałem i nie pomyliłem się. Rozsiane tu i ówdzie niższe krzaki, katastroficznie zlęknione połacie jesiennej trawy i w ogóle wszędobylski nieład zmieniły najpiękniejszą niegdyś część ogrodu w magazyn pełen nikomu niepotrzebnych staroci.

Szedłem, przebijając się przez pola pełne wyschniętych bluszczów i trzcin, i, tak, wierzyłem własnym oczom. Wierzyłem, że zmienił się ogród i zmieniłem się ja sam, choć o wiele za dużo – zmieniło się wszystko. Mamrotałem do siebie niezrozumiałe frazy, deklamowałem chybione, nienadające się do niczego wiersze, które gdzieś zasłyszałem, może nadawali je w radiu jakiejś parnej lipcowej nocy; szeptałem, wyobrażając sobie, że śnię ten upływ czasu. A może jestem pod wpływem jakichś środków psychoaktywnych, kto wie, może jeszcze pod koniec tego wszystkiego obudzę się w łóżku, w przepoconej pościeli i postrzępionej piżamie.

Czego nie spodziewałbym się za żadne skarby, miało zdarzyć się niebawem, już w następnych sekundach: skoro miało go nie być – pytam się retorycznie – dlaczego czuję, że jest? I jak mógł wytrzymać tutaj tak długo? Sam? Bez kontaktu z nikim. Przesiadując nad stawami, w gajach brzozowych, skrywając się między liśćmi? Choć przecież wtedy też nie widywałem go w otoczeniu ludzi – widocznie zawsze wysoko cenił samotność, lubił jej towarzystwo.

Samotność implikuje stopień odrętwienia nieosiągalny w żaden inny sposób, stan, kiedy czujesz, jakbyś znajdował się w szklanym płaszczu, pod nieprzenikalnym przez nic kloszem, chroniącym od konkretnych problemów. Utulony w embrionalnej pozycji, wpół zgięty, wyłączasz podświadomie kolejne obszary mózgu, przyzwyczajasz się, z początku tęskniąc i pragnąc wybawienia, z czasem jednak sukcesywnie dając za wygraną, uspokajając każdy nerw do ostatecznego, wielkiego opanowania.

Przekroczywszy pasmo opadłych pokrzyw, wzrok skierowałem ku ostatnim jasnym chmurom, które migotały resztkami energii na zachodzie, a wówczas uderzył mnie nagle bezwolny promyk, nikły i wątły, mimo to wyraźny, który ledwo co rozbłysł, a już zgasł w zbitej kępie zarośli.

Ciemność lgnie do światła najbardziej. A szczególnie w takich momentach, kiedy nie można spodziewać się po sobie właściwej reakcji. Zresztą cóż innego niż nagłe zdziwienie mogło się mi przydarzyć? Co pozostało?

Podekscytowany, zacząłem bezmyślnie podążać w kierunku światła. To jak w kinie, jak w wizjach, jakie miewa się w malignie – wyobrażeniach o Ostatniej Światłości: świeci w mroku
i mrok rozjaśnia. I teraz nagle przestały mieć znaczenie wszystkie wcześniejsze wątpliwości. Skoro tylko ujrzałem niepasujący element, ten lekki pobłysk, znów uwierzyłem, że choćby na moment mogę wrócić nie tylko we wspomnieniu do obrębu minionego czasu.

Pierwsze gałązki zachrzęściły pod moimi stopami. Jest tu jeszcze czarniej niż tam, poza linią cierni i karłowatych śliw. Wszystkie cienie, o ile w ogóle dostrzegalne, martwo rozkładają się we wszystkie strony. Są tak nasycone ciemnością, że aż zdają się świecić. Połyskiwać ciemnością. Kiedy moje oczy przyzwyczajają się do gry cienia, widzę.

Zamarłem.

On stoi. Ze spoufaloną furią i nieogarnionym, acz oswojonym szaleństwem w oczach stoi i patrzy na mnie, w moje źrenice, które to rozszerzają się, to gasną, falują jak morze w przypływie. Ale nie jest to ten sam człowiek, wbrew pozorom i pierwszemu wrażeniu to nie on. Tym, kto stoi i świeci mi w oczy latarką, jesteś ty, przyjacielu. Przylgnął do mnie twój wzrok już wtedy, przez ułamek sekundy, kiedy nie mogliśmy nic więcej zrobić, porozumieć się ponad program. Teraz stoisz, patrzysz i świecisz, i z powodu powagi tej chwili wszystko zamiera: wiatr, ptaki, drzewa, woda.

Zdawało mi się, że długo to trwało, zanim zreflektowałem się i postąpiłem krok w jego stronę. W rzeczywistości było to może z dziesięć, może piętnaście sekund bez oddechu, bez mrugnięcia powiekami. Wtedy, gdy to nastąpiło, podszedłem bliżej i kiwnąłem porozumiewawczo.

Żadnej reakcji.

I zaraz potem jego nieokrzesanie wzięło górę. Odsunął się do tyłu i w akcie nieujarzmionego odruchu zaczął uciekać. Zdziczały jak ogród.

Wołałem za nim, wołałem po imieniu, które skądś sobie przypomniałem, ale na nic. Skrył się pewno gdzieś w gęstwinie, w tej gęstej dżungli, która, nieplewiona, bujnie wzrasta, aby po kilkunastu latach nieprzenikalnie pokryć cały ten teren.

Był to ostatni raz, kiedy go widziałem, dzisiejszego jesiennego dnia. Mimo późnej pory przejaśnia się. Liście zawsze w takich porach bezwolnie lewitują lub mokną w deszczu, gdy pada. Na księżycu, gorejącym jaskrawym blaskiem pełni, jest jakby więcej kraterów niż zwykle, a bruzd, szpecące jego oblicze, są dziś jak gdyby głębsze.

Znów widzę te same pejzaże, dotykam martwego chrustu, spróchniałych pni, tych samych, które uwielbiały nasze wspólne chwile w przeszłości, nasze skradzione dzieciństwo. Otaczają mnie znajome dźwięki, zapachy i poblakłe kolory: szeleści sypki żwir, unosi się nad wodami odór mulistego dna, zieleniny unoszącej się na powierzchni, szemrają biało-niebieskie strumyki i niskie tony brzęczących moskitów niosą się z wolna nad tym wszystkim.

Kiedy wyplątuję się z ogrodu, kiedy wyplątuje stamtąd swoje oczy, dłonie i chłonę marne pozostałości lata zgromadzonego w ostatnim sznurze żywopłotu, zauważam, jak przyspiesza czas. Jak gna na podobieństwo sprintera, biorącego udział w najważniejszych zawodach sezonu. Szczyt formy.

Natomiast mój Sezon jest martwy; zginął nienaturalną, bolesną śmiercią.

Przekraczając bramę, słyszę strzępy rozmowy. Jakieś szmery niesione przez echo. Dwóch młodych mężczyzn stoi na chodniku. Palą papierosy i rozmawiają z cicha, od czasu do czasu unosząc głowy ponad linię koron drzew: patrzą w niebo. Przejeżdża samochód. Oni pozdrawiają mnie niemymi gestami, kiwnięciami dłoni, ja jednak nie odpowiadam. Opuszczam to miejsce.

Na koniec czuję jeszcze i sporo myślę: „jest przecież tyle miejsc, w których powinienem aktualnie się znajdować – miejsc, w których być nie mogę”, a myśli, te moje słowa, ulatują gdzieś do góry, niesione przez porywisty wiatr, i nie chcą wrócić, tak mocno i daleko je ze sobą zatargał.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

10 + 3 =