Legion i my. Bełkot

2 października 2009

0 komentarzy

(…) mam sny o słowach, i więcej nic. J.-P. Sartre A morze pozostawało takie, jakie powinno być morze w podobnych sytuacjach. Nic szczególnego. Trochę fal, żaglówki, szaro-niebieskie skutery bryzgające wodą. Nudy. Nie powiem, mrowie ludzi, z tym mogło być coś lepiej, ale nic, tylko złudzenie, [...]


(…) mam sny o słowach, i więcej nic.
J.-P. Sartre

A morze pozostawało takie, jakie powinno być morze w podobnych sytuacjach. Nic szczególnego. Trochę fal, żaglówki, szaro-niebieskie skutery bryzgające wodą. Nudy. Nie powiem, mrowie ludzi, z tym mogło być coś lepiej, ale nic, tylko złudzenie, okazało się. Zasadzki w piasku pod stopami: doły, kotliny, zbierające się kałuże. Gdy idziesz, nie dajesz rady ogarnąć najdrobniejszego wycinka tego wszystkiego.

Wobec tego przeniesiemy się teraz w jakieś normalne, ustronne miejsce, na ulicę na południu kraju, panuje tu silna jesień, nie pozostaje nic, tylko schlać się z tego całego smutku, który nas otacza i zagarnia w swoim kierunku.

Lubię takie momenty, wiesz, bo nie spodziewasz się w nich wcale tego, że może być diametralnie różnie od tego, jak jest, zawsze jedna z możliwości: upał lub ziąb – wychodzisz na zewnątrz, słońce świeci, muśnięcie, ledwo z miesiąc temu wentylatory w robocie szalały ile wlezie, nie dawałeś rady z tego upału – a teraz wychodzisz za drzwi, niby to samo, gorąc, ale nic z tego, żadnych panienek w miniówkach, co bardziej wyzwolone kwestie nocnego życia umarły w męczarniach, nawet lotne patrole policji wieczorami nie wystawiają już nosów zza zaparowanych szyb radiowozu. Teraz wybywasz na popołudniowe spacery i pocisz się, krążąc po okolicy, w kurtce, która powinna jeszcze pozostać głęboko na dnie komody, tak sobie myślisz, ale nie pozostaje nic innego, jak męczyć się z gorączką i liśćmi.

W jednym miejscu kobieta zrywa ze ściany przybudówki pomalowanej mdłoróżową farbą kiście przejrzałych winogron. Dłonie upstrzone ma fioletowym sokiem owoców, a jednorazowa reklamówka, mleczna, półprzezroczysta, zwisa z jej prawego przedramienia.
– Dzień dobry – rzucam, gdy przechodzę.
– Dzień dobry – ona odpowiada, kierując wzrok na moją twarz, a ta tli się jasno w marnym świetle marnego październikowego słońca.

Wygłosiwszy to, zastyga na chwilę w bezruchu, wróble tylko ćwierkają pod dachem garażu, a potem spokojnym ruchem odwraca się i zaczyna pakować dalej gnijące plony do siatki. Łzy kapią w dół. Będą słoiki na zimę, taki cel jej przyświeca, soki dla trzech córek, spośród których dwie wciąż są na wydaniu, a ostatnia mieszka w mieście z dzieckiem i mężem, i oni nawet zainwestowali w nowy samochód, bo stać ich, a co, w końcu wykształciła się w stolicy i dobrze zarobi.

Później pojawiają się niebiesko-czerwone plamy tuż przed moimi oczami, nic tak nie bawi jak cienie samochodów, które mkną do przodu z ogromnymi prędkościami. Być może to to.
Oto na co wszyscy czekają: koniec, dążenie do czegokolwiek, byle jak najszybciej, ziszczenie się wszystkiego, o czym marzyliśmy od samego początku. Dopiero śmierć daje cel tych marnych wojaży.

W górach spadł właśnie świeży śnieg, szlaki wspinaczkowe są zawalone czymś białym i chłodnym, tropy dzikich zwierząt, zasypane drzewa, ich kora jest spróchniała i wyschnięta tak bardzo, że gdy uderzasz o nią dłonią, odpada.

Albo puste pokoje w pustych domach, mocno zatęchłe ściany, pozwijane dywany – czy nie są czymś, co nie powinno trwać krócej od Intelektu? Powinny, ale nie da się.
– Dopiero dzisiaj moja perspektywa poszerzyła się na tyle, by o tym mówić, maleńka.
– Nie rozumiem – odpowiadasz.
– To zwykły syf, trzeba ewakuować się z tego miejsca, każdy mógłby coś podobnego napisać, powiedzieć, cokolwiek.
– …

Nic. Nic. Szczęk powiek. Wojaczek recytowany do snu i cała ta reszta gości, którzy dokładnie wiedzieli, o co tak naprawdę idzie. Cała masa poetyckich fraz o śmierci i baroku. Baroku w nowocześniejszym wydaniu, rozumiemy się.
– Pisanie automatyczne, to nie o to nam chodzi? Zresztą kto to czyta?

I następuje taki czas, że trzeba wspomnieć o Romku.

Romek na co dzień jest płytkim facetem, ale nie o to idzie. Nie o to. Dzisiaj Romek nie dał rady i, wykrzykując na maksa nerwowe „Odebraliście mi nawet możliwość wysrania się we własnym kiblu”, wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Nie patrzył na twarze zgromadzonych przy stole.

A oni spożywali właśnie uroczystą kolację. Jak gdyby nigdy nic; no ale przerwali. W takim momencie, to ciekawe, wszystkie odpowiednie słowa utykają w gardle na dobre. To samo z rękami – sztućce zawisają piętnaście centymetrów nad talerzami. Nie da się nic. Goście z Ameryki przy tym stole siedzieli, bogaci, powiedzmy, krewni. Jadąc w kierunku mroźnych gór, wstąpili na kawę. A potem, gdy syn wyszedł, przeguby starych zaczęły znowu łagodnie pracować, żmudnie ładując makaron w sosie do ust, przełyków, żołądków. W taki sposób produkuje się gówno.

Romka najlepiej określają napady głupawki i nieuzasadnionych pretensji. I wszystkie słowa, jakie prosto z siebie wyrzuca.

Jednak tym razem będzie inaczej; nigdy więcej – myśli. Idzie ulicą, się telepie i kołysze na boki, ludzie patrzą jak na idiotę, jak na jakiegoś menela. A to po prostu jego styl, to znaczy brak stylu, rozumiesz, kawał białej skóry w odzieniu bankruta.

Wsiada w taksówkę. Na pytanie: „dokąd?”, odpowiada z werwą, tym rodzajem nieokreślonego szaleństwa, jakie nachodzi w niespodziewanych momentach, gdy nic nie jest w mocy wyprowadzić cię z równowagi, to znaczy tylko ci się to zdaje; on w każdym razie odpowiada, „DOKĄDKOLWIEK”, i jadą. Za szybami maluje się późnawy wieczór jak w komiksach z lat sześćdziesiątych; to niebo, które jest uszyte z piór gawronów i kruków, tak czarne i żywe, a przede wszystkim straszą martwe elewacje wysokościowców, kamienic. Wszystkie utrzymane w monochromatycznej palecie barw, nawet okna, które winny szklić się błękitnymi ekranami telewizyjnymi, pozostają bez życia.

Wysiadł pod teatrem, a plac był duży, przestronny. Ławki, które otaczały tę pijaną światłami przestrzeń, zapaćkane były białym nalotem ptasiego guana; siedziały na nich stare kobiety, dyskutując z cicha na temat mydlanych oper i romansów gwiazd. Rzucały przed siebie garściami pszenicy i wymiętego chleba, karmiły gołębie.

On przycupnął na krawężniku, świat był cały we mgle, która osiadała z wolna na konarach drzew, a te zdawały się stanowić nieme posągi wielkich herosów, męczenników w imię ojczyzny. Z ust wymsknęło mu się kilka niepokornych, bardzo zimnych przekleństw i dokładnie w tym czasie jego oczy łagodnie zaczęły zachodzić zmęczeniem. Mgła gęstniała. Zapalił.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

1 + 2 =