XXX (Już jestem spokojny, już jestem opanowany)

4 października 2010

0 komentarzy

Już jestem spokojny, już jestem opanowany. Widzę się w szybach drapaczów chmur i widzę się w lustrze. To nic. Niebo pożółkło, mijający mnie przechodnie założyli papierowe kartki na twarz; wycięli tylko otwory na oczy i usta, by móc wypróbować ten świat. Gin z tonikiem krąży [...]


Już jestem spokojny, już jestem opanowany. Widzę się w szybach drapaczów chmur i widzę się w lustrze. To nic. Niebo pożółkło, mijający mnie przechodnie założyli papierowe kartki na twarz; wycięli tylko otwory na oczy i usta, by móc wypróbować ten świat. Gin z tonikiem krąży w histerii po moich żyłach. Ja już nie jestem sfrustrowany, ja już nie tkwię w spazmatycznym lęku, ja jestem spokojny, ciepły i czuły na punkcie uczuć, emocji, pieniądze wydają mi się przyjazne i optymistyczne.

Wczorajszej nocy wstałem wcześnie i rozbijając się po zimnych posadzkach, sunąłem w kierunku źródeł cieczy, mój telefon rozsadzały raptowne wybuchy serdeczności i życzeń na nowy wspaniały rok, a ja byłem schludny, oczyszczony ze wszystkich zeszłych zniszczeń. Do tej pory śniłem wiersze i apokalipsę niespodziewanie spadającą z nieba w gromkich ulewach meteorytów, nie było co zbierać z ich krystalicznych konstrukcji, lecz teraz już jestem spokojny.

Co ma się stać, i tak dawno się stało. Przez ostatnie miesiące bywałem jeszcze w starych miejscach, do których przychodziliśmy w gromkim uniesieniu chwili. Cudownie. I było mi tam całkiem dobrze, rozważnie unosiłem swoje nogi w kierunku świateł, które mijaliśmy lub może mijały samochody oraz rozpędzone motocykle – i noc opuszczała się na mnie. Ludzie mijali, krwawiąc w tych swoich maskach, które założyli na początku świąt bożego narodzenia i w których paradują po dzisiejszy dzień uświnionymi arteriami miasta bez krańców. Che, che.

Che, che, nieskończona przepaść: we szkle ja i mój zarost. Odbijamy się i jesteśmy. Jak zwierzęta, których nikt nigdy nie kochał, jak mury budynków mieszkalnych z naprzeciwka i nieodebrane telefony, telefony, które brzęczą, a ta starsza wątła brunetka, która usilnie stara się przesunąć w poprzek torów tramwajowych, działa mi na nerwy, ponieważ przypomina mi o słowach, które kiedyś usłyszałeś, tak, kwiatuszku, które kiedyś ktoś cisnął z nienawiścią w twoim kierunku i teraz je sobie na spokojnie, owszem, bo jesteś spokojnym, jesteś opanowany, przypominasz, choć niczym przez mgłę.

Sypałem łzami, oczy łzawiły mi, lecz byłem opanowany, i zdałem sobie w końcu sprawę, że nic już nigdy nie może nastąpić, nic nie może się stać, bo po co miałoby się zmienić, bo przecież biorę pełną odpowiedzialność za swoje czyny, a najważniejsze, iż również za swoje pieniądze i za swoje palce, przez was brane za chwasty. Było wszystkiego aż nadto, teraz przyjdzie koniec świata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

4 + 8 =