17
marca 2010
środa

Łazowianie.pl

W trosce o lepsze jutro mieszkańców Gminy Łazy – portal nieoficjalny

"8 marca piękna data. Słońce w Europie świeci. By słoneczne było życie. Tak w ...
Witamy Wiosnę  ! Zapraszamy Państwa na Dwie Imprezy otwierające sezon wiosenny w Parku Wodnym JURA ! 20 ...
Zamoyski- postaw na pewną kartę! Podobno hazard jest niezdrowy, podobno jest zły i podobno możesz przegrać ...
Poniżej przedstawiamy kalendarz imprez i uroczystości szkolnych o wymiarze co najmniej gminnym w okresie: marzec ...
W poniedziałek, 8 marca Miejski Ośrodek Kultury w Łazach celebrował Dzień Kobiet zapraszając na ...
Ferie  2010  w bibliotece należy zaliczyć do bardzo udanych. Program imprez i zajęć we wszystkich ...
Dla Kobiet, które znamy i nie znamy moc życzeń dzisiaj mamy, dużo zdrowia, szczęścia i miłości oraz kwiatów ...
W związku z interpelacją p. radnego Zenona Głąba odnośnie pojawienia się cyt. "na stronach Urzędu ...
Mamy przyjemność poinformować, że „Jura Rock Festiwal 2010” został dofinansowany w ramach dwóch różnych konkursów. ...

Archive for the ‘Kultura literacka’ Category

Jeszcze wczoraj dzisiaj mogło wyglądać inaczej

Posted by OS On 1 - Styczeń - 2010 Komentarze są wyłączone

Oczy zaszły mi mgłą, ale wczoraj o czternastej czterdzieści siedem farmaceutka w ostatniej otwartej aptece powiedziała, że to zwyczajne zapalenie spojówek. I jakoś widzę.
Wobec tego spójrz wraz ze mną na chodniki, które tonęły i płynęły w kałużach topniejącego śniegu, rozumiesz cały ten burdel, który mną zawładnął. W ogóle pod nogi. Na przykład te stare, wytarte bordowo-złote dywany, a na ich powierzchni śmieci: walające się niedopałki, puszki po piwie, kapsle i kłaki kurzu. A za oknem deszcze, a na ścianach szramy w gipsie, blizny. Widzisz, jestem bardzo smutnym frajerem.
To taka niezdarna próba uzyskania rozgrzeszenia; dzisiaj telewizory nawijają ludzkim głosem, szklą się jak tafle cienkiego lodu, one odbijały blade, niskie chmury, sunące tuż nad głowami staruszków spacerujących po cmentarzu.
Po obiedzie wstałem z łóżka i chodziłem po swoim pokoju. Naświetlałem przed sobą tamto lodowate przedpołudnie sprzed dwóch przeszło lat, pięć minut, które uczyniło mnie nieszczęśliwym człowiekiem; wyobrażałem sobie, że siedzisz obok, pod tą wiatą przystanku tramwajowego, i przez chwilę było mi dobrze. Na koniec obmyślałem jednak nowe sposoby ucieczki z tego więzienia, lecz wiem: nie zadziała tutaj żaden plan awaryjny. Biegnę przez autostradę.
Za zakrętem czeka mnie kolejna wielka religia. Cała pijana młodzież strzela petardami, racami świetlnymi celuje w moją twarz. Na ogromnym, spoconym telebimie, który mijam właśnie teraz, fajerwerki rozbłyskują spazmatycznie, a po sekundzie nikną w ciemnościach. Pohukiwania przepitych gardeł emulują się we mnie, odpowiedzialny jest za to mój odśrodkowy procesor systemu surround.
Sierpień dopiero za osiem miesięcy, a ja już czuję ten chłód w twoim spojrzeniu. Stoję, nie ma ciebie, bo tkwisz kilometry na południe stąd. To tam słyszysz przeciągły pisk hamującego pociągu i wiesz już, że ci nieogoleni mężczyźni jadą po mnie. Czuję, jak ich ręce śmierdzą smarem.

Legion i my. Bełkot

Posted by OS On 2 - Październik - 2009 Komentarze są wyłączone

(…) mam sny o słowach, i więcej nic.
J.-P. Sartre

A morze pozostawało takie, jakie powinno być morze w podobnych sytuacjach. Nic szczególnego. Trochę fal, żaglówki, szaro-niebieskie skutery bryzgające wodą. Nudy. Nie powiem, mrowie ludzi, z tym mogło być coś lepiej, ale nic, tylko złudzenie, okazało się. Zasadzki w piasku pod stopami: doły, kotliny, zbierające się kałuże. Gdy idziesz, nie dajesz rady ogarnąć najdrobniejszego wycinka tego wszystkiego.

Wobec tego przeniesiemy się teraz w jakieś normalne, ustronne miejsce, na ulicę na południu kraju, panuje tu silna jesień, nie pozostaje nic, tylko schlać się z tego całego smutku, który nas otacza i zagarnia w swoim kierunku.

Lubię takie momenty, wiesz, bo nie spodziewasz się w nich wcale tego, że może być diametralnie różnie od tego, jak jest, zawsze jedna z możliwości: upał lub ziąb – wychodzisz na zewnątrz, słońce świeci, muśnięcie, ledwo z miesiąc temu wentylatory w robocie szalały ile wlezie, nie dawałeś rady z tego upału – a teraz wychodzisz za drzwi, niby to samo, gorąc, ale nic z tego, żadnych panienek w miniówkach, co bardziej wyzwolone kwestie nocnego życia umarły w męczarniach, nawet lotne patrole policji wieczorami nie wystawiają już nosów zza zaparowanych szyb radiowozu. Teraz wybywasz na popołudniowe spacery i pocisz się, krążąc po okolicy, w kurtce, która powinna jeszcze pozostać głęboko na dnie komody, tak sobie myślisz, ale nie pozostaje nic innego, jak męczyć się z gorączką i liśćmi.

W jednym miejscu kobieta zrywa ze ściany przybudówki pomalowanej mdłoróżową farbą kiście przejrzałych winogron. Dłonie upstrzone ma fioletowym sokiem owoców, a jednorazowa reklamówka, mleczna, półprzezroczysta, zwisa z jej prawego przedramienia.
– Dzień dobry – rzucam, gdy przechodzę.
– Dzień dobry – ona odpowiada, kierując wzrok na moją twarz, a ta tli się jasno w marnym świetle marnego październikowego słońca.

Wygłosiwszy to, zastyga na chwilę w bezruchu, wróble tylko ćwierkają pod dachem garażu, a potem spokojnym ruchem odwraca się i zaczyna pakować dalej gnijące plony do siatki. Łzy kapią w dół. Będą słoiki na zimę, taki cel jej przyświeca, soki dla trzech córek, spośród których dwie wciąż są na wydaniu, a ostatnia mieszka w mieście z dzieckiem i mężem, i oni nawet zainwestowali w nowy samochód, bo stać ich, a co, w końcu wykształciła się w stolicy i dobrze zarobi.

Później pojawiają się niebiesko-czerwone plamy tuż przed moimi oczami, nic tak nie bawi jak cienie samochodów, które mkną do przodu z ogromnymi prędkościami. Być może to to.
Oto na co wszyscy czekają: koniec, dążenie do czegokolwiek, byle jak najszybciej, ziszczenie się wszystkiego, o czym marzyliśmy od samego początku. Dopiero śmierć daje cel tych marnych wojaży.

W górach spadł właśnie świeży śnieg, szlaki wspinaczkowe są zawalone czymś białym i chłodnym, tropy dzikich zwierząt, zasypane drzewa, ich kora jest spróchniała i wyschnięta tak bardzo, że gdy uderzasz o nią dłonią, odpada.

Albo puste pokoje w pustych domach, mocno zatęchłe ściany, pozwijane dywany – czy nie są czymś, co nie powinno trwać krócej od Intelektu? Powinny, ale nie da się.
– Dopiero dzisiaj moja perspektywa poszerzyła się na tyle, by o tym mówić, maleńka.
– Nie rozumiem – odpowiadasz.
– To zwykły syf, trzeba ewakuować się z tego miejsca, każdy mógłby coś podobnego napisać, powiedzieć, cokolwiek.
– …

Nic. Nic. Szczęk powiek. Wojaczek recytowany do snu i cała ta reszta gości, którzy dokładnie wiedzieli, o co tak naprawdę idzie. Cała masa poetyckich fraz o śmierci i baroku. Baroku w nowocześniejszym wydaniu, rozumiemy się.
– Pisanie automatyczne, to nie o to nam chodzi? Zresztą kto to czyta?

I następuje taki czas, że trzeba wspomnieć o Romku.

Romek na co dzień jest płytkim facetem, ale nie o to idzie. Nie o to. Dzisiaj Romek nie dał rady i, wykrzykując na maksa nerwowe „Odebraliście mi nawet możliwość wysrania się we własnym kiblu”, wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Nie patrzył na twarze zgromadzonych przy stole.

A oni spożywali właśnie uroczystą kolację. Jak gdyby nigdy nic; no ale przerwali. W takim momencie, to ciekawe, wszystkie odpowiednie słowa utykają w gardle na dobre. To samo z rękami – sztućce zawisają piętnaście centymetrów nad talerzami. Nie da się nic. Goście z Ameryki przy tym stole siedzieli, bogaci, powiedzmy, krewni. Jadąc w kierunku mroźnych gór, wstąpili na kawę. A potem, gdy syn wyszedł, przeguby starych zaczęły znowu łagodnie pracować, żmudnie ładując makaron w sosie do ust, przełyków, żołądków. W taki sposób produkuje się gówno.

Romka najlepiej określają napady głupawki i nieuzasadnionych pretensji. I wszystkie słowa, jakie prosto z siebie wyrzuca.

Jednak tym razem będzie inaczej; nigdy więcej – myśli. Idzie ulicą, się telepie i kołysze na boki, ludzie patrzą jak na idiotę, jak na jakiegoś menela. A to po prostu jego styl, to znaczy brak stylu, rozumiesz, kawał białej skóry w odzieniu bankruta.

Wsiada w taksówkę. Na pytanie: „dokąd?”, odpowiada z werwą, tym rodzajem nieokreślonego szaleństwa, jakie nachodzi w niespodziewanych momentach, gdy nic nie jest w mocy wyprowadzić cię z równowagi, to znaczy tylko ci się to zdaje; on w każdym razie odpowiada, „DOKĄDKOLWIEK”, i jadą. Za szybami maluje się późnawy wieczór jak w komiksach z lat sześćdziesiątych; to niebo, które jest uszyte z piór gawronów i kruków, tak czarne i żywe, a przede wszystkim straszą martwe elewacje wysokościowców, kamienic. Wszystkie utrzymane w monochromatycznej palecie barw, nawet okna, które winny szklić się błękitnymi ekranami telewizyjnymi, pozostają bez życia.

Wysiadł pod teatrem, a plac był duży, przestronny. Ławki, które otaczały tę pijaną światłami przestrzeń, zapaćkane były białym nalotem ptasiego guana; siedziały na nich stare kobiety, dyskutując z cicha na temat mydlanych oper i romansów gwiazd. Rzucały przed siebie garściami pszenicy i wymiętego chleba, karmiły gołębie.

On przycupnął na krawężniku, świat był cały we mgle, która osiadała z wolna na konarach drzew, a te zdawały się stanowić nieme posągi wielkich herosów, męczenników w imię ojczyzny. Z ust wymsknęło mu się kilka niepokornych, bardzo zimnych przekleństw i dokładnie w tym czasie jego oczy łagodnie zaczęły zachodzić zmęczeniem. Mgła gęstniała. Zapalił.

Człowiek-jesień

Posted by OS On 28 - Lipiec - 2009 Komentarze są wyłączone

Za załomami betonowego muru wszystko było teraz inne. Podczas gdy mieszkańcy miast, lokatorzy wieżowców o pościeranych schodach, gnieżdżą się w dusznych, ociekających półmrokiem klatkach, a lamperie ich ścian wymazane są malunkami graficiarzy, tutaj przestrzeń wciąż pała nieujarzmioną dzikością: pnącza i zdrewniałe liany lawirowały w chaosie gałęzi pierwotnych drzew, szukających światła w górze, ponad chmurami; akurat to nie różniło ich położenia od scen z poblakłych tapet w tamtych mieszkaniach, które – całe wyścielane florystycznymi ornamentami wijącymi się jak żywe węże – wślizgują się do lodówek i pralek, do telewizorów, łaskocząc delikatnie nozdrza gospodarzów programów rozrywkowych nadawanych przed jedenastą wieczór. Niebo spada z łomotem na ziemię i łączy się, aktywnie koegzystując, z monstrualnymi konarami i dzikimi kwiatami. W tym miejscu zawsze mam dwanaście lat.

Późnojesienny wieczór łagodnie opada na mój ogród. Po omacku szukam żółto-zielonej furtki o chłodnej, stalowej, gdzieniegdzie pordzewiałej ramie, której dotykam z szelestem kapiącym jak woda w czasie pierwszych lutowych roztopów. Cisza sączy się w moich uszach; ptaki odlatują do ciepłych krajów, obniżają lot, zawisają i przez chwileczkę oscylują tuż ponad linią gruntu, by po raz ostatni zaczerpnąć resztek mdłych oparów znikającego ciepła ziemi; grzyby zdążyły zgnić, słońce zgasło. Zobacz, jest – jest klucz w podartym zamku, klucz do miejsca, w którym nic nie wygląda, jak winno wyglądać naprawdę.

Przekraczałem byłem bramę zwykle w erze ciepłego, parnego lata, kiedy wszyscyśmy oddychali co dzień malaryczną duchotą. Porzeczki i agresty gnieździły się mocno na delikatnych gałązkach krzaków, mieniły się różnorakimi barwami i uginały pod własnym ciężarem; przestrzeń była pijana zielenią i przesadną bujnością, wszechobecnym flegmatycznym gniciem; nawałnice gorących deszczy i burz nadchodziły jakby znikąd, zacierały się w niepojętych okolicznościach.

Musisz znać to panujące w owych momentach drżenie – gdy jasne obłoki mijają wolno, rozświetlane są przez słońce w wiecznym zenicie, by wtem, raptownie, powietrze wstrzymać miało oddech, a świat – zniknąć w ciemności jak przy pełnym zaćmieniu.

Teraz deszcz i chmury, sunące w dół, odmawiają powrotu do kondycji lipcowych nocy
i poranków, jakie spędzaliśmy razem, śpiewając i tańcząc, sunąc gołymi stopami po trawie zroszonej poranną mgłą, dezintegrowaną przez pierwsze promyki brzasku – i nas samych, opychających się niedojrzałymi jabłkami. Usta cierpną na samą myśl o cierpkości twardych śliwek
i wciąż zielonkawych tarnin.

Byłem tam i wtedy, jednej jesieni jak teraz, próbując dobrnąć do matecznika tego nieogarnionego terenu: czarnego jak smoła, jak mętny, dwutygodniowy śnieg. Moje nogi grzęzły w morzu butwiejących liści, do twarzy co chwilę doklejała się zamarzająca mżawka i wczesnozimowy wiatr, który przez następne miesiące rozrywa wszystko żywe na wpół swoim bezpostaciowym cielskiem, nijak osłaniając poszczególne składowe organizmów przed gorszymi rzeczami.

I byłem sam. W ciemnej trawie migotały setki opalizujących punktów, to były oczy owadów, które czekają w swoich ciepłych, bezpiecznych norach na nadejście pierwszych przymrozków, a potem śpią do początków marca; zdawało mi się, że potrafię uchwycić wibracje ich oddechów, lecz ich nie było: byłem sam

Patrzyłem przed siebie, w smolistą maź nocy, błyskały czasami światła przejeżdżających w dali samochodów, ale i one były jak gdyby jednorazowe, niknęły po chwili. Później pozostał już wyłącznie jeden potężniejszy połysk, sączący się z ram okna, zwężająca się jaskrawa smuga żarówki, nadająca zamierające sygnały w alfabecie Morse’a. Zrazu, uschnąwszy, jej złotawa plama rozpuszcza się w toni zimnych refleksów migoczącego telewizora z całym spektrum ich błękitów.

Stałeś w tym blasku, wzrok wlepiając w czerń albo burość; w nieistniejące kontury, które można by wyłapać tylko jakimś nieosiągalnym dla myśli wizjerem ze szkła i metalu; jakimiś tajemnymi roztworami srebra albo złota wyostrzyć. Widziałem twój kształt i z tyłu jeszcze coś, czego nie można jednoznacznie określić, czego nie mogłem zrozumieć.

Od samego początku wiedziałem, że istniejesz, i przede wszystkim to, że ktoś stoi za twoimi plecami i obnaża mruczące zorze swoich oczu. Na tym planie wyglądałeś jak pies bez domu – pies, któremu trzeba dawać jeść, by nie zdechł – tak bardzo był ten ktoś w odleglejszej perspektywie.
I potem nagle nie mogłeś już patrzeć. Co chwilę, odchylając do tyłu głowę, dawałeś nieme znaki, że to koniec.

Mijam teraz furtkę, pierwszy szereg buków i przypominam sobie, co jest dalej i jeszcze dalej.

W najodleglejszym zakątku ogrodu, gdzie tryskają brunatno-szare źródełka, przelewają się przez brzuchy ciemnogranatowych stawów, tam rozciąga się wąski cypelek gołej ziemi. Trawy wokół niego są wiecznie zielone, a bagnista woda oczek odbija przestworza nieba. Pływają w niej małe rybki podobne do najstraszliwszych bestii morskich; penetrują zakątki dna, z rzadka zbliżając się niebezpiecznie blisko ku skrajnym, zewnętrznym taflom.

Otóż tam, z założonymi rękoma, siadywał on. Tkwił na ziemi i patrzył w przejrzałą letnią zieleń, w pomarańczowe smugi zachodu, walające się po ziemi, łypiące zewsząd rdzą ogrodowe narzędzia. Były wszędzie, naprawdę wszędzie, wystawały z wody, spomiędzy kępek darni, z koron drzew.

Jego postać była natomiast stara i zniszczona: leciwe, dziurawe łachmany w słońcu lgnęły do zgrzanej skóry, opinały go całego – tak jak akwalung opina ciało płetwonurka – by zaraz potem, pod wpływem lekkiego tchnienia powietrza zwinąć się i roztańczyć. Jeślibyś zbliżył się kiedy na wystarczającą odległość, mógłbyś poczuć prastary odór, trawiący tkaninę od wewnątrz.

Nigdy nie widziałem go innego, zawsze te same zniekształcenia twarzy, ten sam ubiór: wytarty, poplamiony surdut rozlewał się drobną niebieską plamką na potężnym tle ogrodu, workowate spodnie i znoszone gumofilce poruszały się przy każdym jego kroku, jak gdyby chciały uciec z tego monumentalnego więzienia. Na jego ramiona opadały siwiejące kłaki, wiły się, wplątywały w poły noszonego pod kurtką wzorzystego swetra.

Ale i tak najwięcej brudu było na tej jego twarzy, która nieustannie krzywiła się w opętańczych grymasach, zmieniała wcielenia. Bujny zarost srebrzył się po bokach, tuż przy uszach, otaczał pełne smutku i rezygnacji spojrzenie, duży nos i poorane głębokimi bruzdami policzki. I wszędzie na nim i w nim osiadał kurz, na brwiach i rzęsach, drgał w białkach oczu, unosił się w wydychanym powietrzu, był wszędzie i wszystko było ciemne od skumulowanego w nim brudu.

Najważniejsze pytanie, jakie stawiam sobie, dryfując przez morze cierni i karłowatych sosen, wcale nie brzmi już tak samo. Brakuje nawet wahania w tonie mojego głosu, który wraz z siąpiącym deszczem, bezustannie mamrocze we mgle. Nie umiem powrócić tu w ten sam sposób jak wtedy: nie będzie gorączkowych przysiąg pod krzakami leszczyn ani nawet tych samych ścieżek, wydeptywanych tysiącami kroków mieszkańców mojego domu, domu, który straciłem i którego już nie ma. Wszystko pozarastało. Jak mój umysł, w którym tylko pamięć pozostaje jeszcze nietknięta postępem technicznym i wszędobylskimi billboardami, migoczącymi neonami, jakie rozpierają feeriami barw nawet najbardziej szare miasta, nawet najbardziej obskurne ulice.

W końcu udało mi się dotrzeć do miejsca, gdzie szarym grzechotem otrzeźwiał nas zawsze drobny szuter – z dróżki, wijącej się zakolami po całej przestrzeni, ogrodzonej skondensowanymi szpalerami żywopłotu i metalowej siatki, pozostały pojedyncze kamyki. Gdy kopię je moimi skórzanymi trzewikami – czy słyszysz, jak turlając, obijają się o siebie, a po chwili giną w szeleszczącej trawie?

Stąd to już tylko chwila spaceru i jest ów kawałeczek przestrzeni zbitych brunatów, gołych drzew, połyskujących wód i chłodu powietrza tuż nad powierzchniami stawów. Tak sobie to wszystko wyobrażałem i nie pomyliłem się. Rozsiane tu i ówdzie niższe krzaki, katastroficznie zlęknione połacie jesiennej trawy i w ogóle wszędobylski nieład zmieniły najpiękniejszą niegdyś część ogrodu w magazyn pełen nikomu niepotrzebnych staroci.

Szedłem, przebijając się przez pola pełne wyschniętych bluszczów i trzcin, i, tak, wierzyłem własnym oczom. Wierzyłem, że zmienił się ogród i zmieniłem się ja sam, choć o wiele za dużo – zmieniło się wszystko. Mamrotałem do siebie niezrozumiałe frazy, deklamowałem chybione, nienadające się do niczego wiersze, które gdzieś zasłyszałem, może nadawali je w radiu jakiejś parnej lipcowej nocy; szeptałem, wyobrażając sobie, że śnię ten upływ czasu. A może jestem pod wpływem jakichś środków psychoaktywnych, kto wie, może jeszcze pod koniec tego wszystkiego obudzę się w łóżku, w przepoconej pościeli i postrzępionej piżamie.

Czego nie spodziewałbym się za żadne skarby, miało zdarzyć się niebawem, już w następnych sekundach: skoro miało go nie być – pytam się retorycznie – dlaczego czuję, że jest? I jak mógł wytrzymać tutaj tak długo? Sam? Bez kontaktu z nikim. Przesiadując nad stawami, w gajach brzozowych, skrywając się między liśćmi? Choć przecież wtedy też nie widywałem go w otoczeniu ludzi – widocznie zawsze wysoko cenił samotność, lubił jej towarzystwo.

Samotność implikuje stopień odrętwienia nieosiągalny w żaden inny sposób, stan, kiedy czujesz, jakbyś znajdował się w szklanym płaszczu, pod nieprzenikalnym przez nic kloszem, chroniącym od konkretnych problemów. Utulony w embrionalnej pozycji, wpół zgięty, wyłączasz podświadomie kolejne obszary mózgu, przyzwyczajasz się, z początku tęskniąc i pragnąc wybawienia, z czasem jednak sukcesywnie dając za wygraną, uspokajając każdy nerw do ostatecznego, wielkiego opanowania.

Przekroczywszy pasmo opadłych pokrzyw, wzrok skierowałem ku ostatnim jasnym chmurom, które migotały resztkami energii na zachodzie, a wówczas uderzył mnie nagle bezwolny promyk, nikły i wątły, mimo to wyraźny, który ledwo co rozbłysł, a już zgasł w zbitej kępie zarośli.

Ciemność lgnie do światła najbardziej. A szczególnie w takich momentach, kiedy nie można spodziewać się po sobie właściwej reakcji. Zresztą cóż innego niż nagłe zdziwienie mogło się mi przydarzyć? Co pozostało?

Podekscytowany, zacząłem bezmyślnie podążać w kierunku światła. To jak w kinie, jak w wizjach, jakie miewa się w malignie – wyobrażeniach o Ostatniej Światłości: świeci w mroku
i mrok rozjaśnia. I teraz nagle przestały mieć znaczenie wszystkie wcześniejsze wątpliwości. Skoro tylko ujrzałem niepasujący element, ten lekki pobłysk, znów uwierzyłem, że choćby na moment mogę wrócić nie tylko we wspomnieniu do obrębu minionego czasu.

Pierwsze gałązki zachrzęściły pod moimi stopami. Jest tu jeszcze czarniej niż tam, poza linią cierni i karłowatych śliw. Wszystkie cienie, o ile w ogóle dostrzegalne, martwo rozkładają się we wszystkie strony. Są tak nasycone ciemnością, że aż zdają się świecić. Połyskiwać ciemnością. Kiedy moje oczy przyzwyczajają się do gry cienia, widzę.

Zamarłem.

On stoi. Ze spoufaloną furią i nieogarnionym, acz oswojonym szaleństwem w oczach stoi i patrzy na mnie, w moje źrenice, które to rozszerzają się, to gasną, falują jak morze w przypływie. Ale nie jest to ten sam człowiek, wbrew pozorom i pierwszemu wrażeniu to nie on. Tym, kto stoi i świeci mi w oczy latarką, jesteś ty, przyjacielu. Przylgnął do mnie twój wzrok już wtedy, przez ułamek sekundy, kiedy nie mogliśmy nic więcej zrobić, porozumieć się ponad program. Teraz stoisz, patrzysz i świecisz, i z powodu powagi tej chwili wszystko zamiera: wiatr, ptaki, drzewa, woda.

Zdawało mi się, że długo to trwało, zanim zreflektowałem się i postąpiłem krok w jego stronę. W rzeczywistości było to może z dziesięć, może piętnaście sekund bez oddechu, bez mrugnięcia powiekami. Wtedy, gdy to nastąpiło, podszedłem bliżej i kiwnąłem porozumiewawczo.

Żadnej reakcji.

I zaraz potem jego nieokrzesanie wzięło górę. Odsunął się do tyłu i w akcie nieujarzmionego odruchu zaczął uciekać. Zdziczały jak ogród.

Wołałem za nim, wołałem po imieniu, które skądś sobie przypomniałem, ale na nic. Skrył się pewno gdzieś w gęstwinie, w tej gęstej dżungli, która, nieplewiona, bujnie wzrasta, aby po kilkunastu latach nieprzenikalnie pokryć cały ten teren.

Był to ostatni raz, kiedy go widziałem, dzisiejszego jesiennego dnia. Mimo późnej pory przejaśnia się. Liście zawsze w takich porach bezwolnie lewitują lub mokną w deszczu, gdy pada. Na księżycu, gorejącym jaskrawym blaskiem pełni, jest jakby więcej kraterów niż zwykle, a bruzd, szpecące jego oblicze, są dziś jak gdyby głębsze.

Znów widzę te same pejzaże, dotykam martwego chrustu, spróchniałych pni, tych samych, które uwielbiały nasze wspólne chwile w przeszłości, nasze skradzione dzieciństwo. Otaczają mnie znajome dźwięki, zapachy i poblakłe kolory: szeleści sypki żwir, unosi się nad wodami odór mulistego dna, zieleniny unoszącej się na powierzchni, szemrają biało-niebieskie strumyki i niskie tony brzęczących moskitów niosą się z wolna nad tym wszystkim.

Kiedy wyplątuję się z ogrodu, kiedy wyplątuje stamtąd swoje oczy, dłonie i chłonę marne pozostałości lata zgromadzonego w ostatnim sznurze żywopłotu, zauważam, jak przyspiesza czas. Jak gna na podobieństwo sprintera, biorącego udział w najważniejszych zawodach sezonu. Szczyt formy.

Natomiast mój Sezon jest martwy; zginął nienaturalną, bolesną śmiercią.

Przekraczając bramę, słyszę strzępy rozmowy. Jakieś szmery niesione przez echo. Dwóch młodych mężczyzn stoi na chodniku. Palą papierosy i rozmawiają z cicha, od czasu do czasu unosząc głowy ponad linię koron drzew: patrzą w niebo. Przejeżdża samochód. Oni pozdrawiają mnie niemymi gestami, kiwnięciami dłoni, ja jednak nie odpowiadam. Opuszczam to miejsce.

Na koniec czuję jeszcze i sporo myślę: „jest przecież tyle miejsc, w których powinienem aktualnie się znajdować – miejsc, w których być nie mogę”, a myśli, te moje słowa, ulatują gdzieś do góry, niesione przez porywisty wiatr, i nie chcą wrócić, tak mocno i daleko je ze sobą zatargał.

Trzeci dzień ćwierkania

Posted by OS On 19 - Czerwiec - 2009 Komentarze są wyłączone

I M P R E S J A

O czwartej zaczęło paskudnie siąpić. Leżał na wilgotnej łące i chciał, żeby ta powódź, sunąca mozolnie z nieba, go zalała, żeby w niej utonął: niczym głaz, który ktoś rzucił w głębinę i nurza się, i tonie.
Słońce wschodziło spokojnie. Pojedyncze hausty pyłu gwiezdnego stanowiły błękitnawe blaski w lewej, ustronnej części nieba. Gęste chmury wyłożyły się tam wertykalnie odwróconym dywanem szarości, nie zezwalając promieniom na nic prócz mdławych eksplozji wyblakłych barw. I nic niezwykłego zwyczajnie nie mogło się stać, nie mogło się zdarzyć: woda ciekła, szumiał nieodległy strumień, a wszechobecne trawy szeleściły, uginając się pod ciężarem kropel deszczu; ich źdźbła, tarmoszone przez wiatr, wywijały dziwaczne figury.
I kiedy to wszystko trwało, ciężko nawet powiedzieć, że trwało, prędzej było, tamten znajdował się daleko od chwili, nieznane receptory w jego ciele wyłapywały sekundy inne całkiem od bieżącej, momenty rozsunięte wzdłuż długiej na miliony kilometrów linii. A ona nie była prosta ani ciągła – gubiła się w zakolach, rozszarpywała własny bieg, niknęła w obcych rewirach czegoś, co kiedyś już się zdarzyło.
– Skończone, wszystko skończone – szeptały, zdawać się mogło, tęczowo błyszczące się chrząszcze, drepcząc u podnóża ogromnych z ich perspektywy łodyg.
Tak jest w rzeczywistości. Łzawość retrospekcji przyprawia o drżenie pewnego aroganckiego mięśnia w jego klatce piersiowej. Bezlitosne: ciągłość i niezmienność, niestworzone fabuły i Bezkres.
Wszystko rozgrywa się w głowie, on widzi wiecznie zielone liście, dostrzega drastycznie łamliwe betonowe płyty pogrążone w wysokich krzakach pokrzyw; wszędobylską kostkę brukową; zdezorganizowane dźwięki i dzikie zmęczenie, narastające z dnia na dzień, kumulujące się gdzieś u podstawy czaszki.

Najrealniejszy pejzaż rozpościerał się w moich oczach. Dachy odległych domów spowite były ciężką mgłą. Wyglądała jak niskie chmury i panoramicznie rozciągała się wszędzie, aż po określone miejsca. Pachniała późną, nadgniłą wiosną, czasem niechcianych miłostek; z rozbrajającą prężnością lgnęła ku ziemi, wirując i tańcząc, by u mety spotykać wszędzie porozrzucane, sypiące się ze starości szkielety. Szkielety prehistorycznych zwierząt, które wyginęły były w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach i stanowią dla mnie zagadkę bez rozwiązania.
Budzę się tuż przed piątą, a deszcz mży. Rozgrywa na dachach pojedynek szachowy, patując co ruch w Wiecznym Remisie. Znużywszy się postępującą algorytmizacją, wstaję zapalić. Na korytarzu jest jeszcze ciemno. Nigdy już nie będzie inaczej – przebiega mi naraz przez myśl – skończone, wszystko skończone. Mogę wdychać i wydychać tę szarość, marzyć o historiach z podręczników do historii, gonić odbicia i nic to nie da.
A wczoraj było tak samo. I przedwczoraj. Wróble uwiły sobie gniazdo w konarach owocującej nieopodal czereśni. Teraz kiście ciemnoczerwonych jagód migają w południe, a liście szemrają bezwiednie przy najdelikatniejszych ruchach powietrza. Ptaki, przeskakując z gałęzi na gałąź, chandryczą się między sobą; goniąc za szpakami, zręcznie pikują i podnoszą się w górę, ku liniom wysokiego napięcia, i narzekają w swoich miarowych piosenkach na wszystko, co zostało stworzone.
Trzeci dzień z rzędu zdarza mi się wstawać za wcześnie i wpatrywać się w czubki topól, kołysane przez wiatr, i słyszeć newralgiczne tony kłótni ptactwa. Nie dają mi spać. Nie daję sobie spać. Nie umiem już spać. Trzeci dzień ćwierkania z rzędu jest dniem rozrachunku
– W apoteozie chciałbym wyssać z siebie wszystko, co spoczęło na zawsze gdzieś wewnątrz, i nie umiem. Te miniatury olejne z granatowymi księżycami, rozklejaną upałem i duchotą stal szyn kolejowych odchodzą poza ramy deskrypcji . Wrzaski ciał fizycznych, wykrzyczane jedyny raz, ustawiają się poza granicą możliwości powtórnej artykulacji. – Nie umiem. –

Zabiję cię za te słowa

Posted by OS On 22 - Kwiecień - 2009 Komentarze są wyłączone

Wszystko odbyło się według starych zasad, gdyż każde z przesłuchań przeprowadzano według standardowych procedur, to znaczy: ŻADNE zasady nie obowiązują. Wprowadzono go do ciasnego pomieszczenia na jednym z ostatnich pięter gmachu Prokuratury. Przez wąskie, obdarte z zasłon okna przebijały się bujnie promienie słoneczne. Oczywistym pozostawało, że rozświetlały twarze wszystkich wcześniej inwigilowanych więźniów, opadając ciężko na proste, wręcz prymitywne krzesło, ustawione w samym centrum klitki. Należało to do szeroko pojętej definicji manipulacji już i tak stetryczałymi umysłami ofiar.

Było samo południe, gdy postawiono Maxa H. przed oblicze jego osobistego oskarżyciela. Necker – bo tak się nazywał – siedząc za mahoniowym biurkiem i wertując nieskończenie, zdawałoby się, grube akta konspiracyjnych dokumentów, w skupieniu przyglądał się skazańcowi. Jego świszczący oddech był wyraźnym symptomem poważnej choroby układu oddechowego. Tkwił w ten sposób przez dłuższą chwilę, sapiąc i dysząc. W końcu odezwał się:
– Mam nadzieję, że przyznacie się do winy, towarzyszu.
Cisza gęstniała, H. milczał.
– Rozumiem, iż macie pełną świadomość popełnionych zbrodni, czyż nie? – kontynuował przesłuchujący – Problem w tym, że muszę to od was usłyszeć. Jeżeli nie odpowiecie, będę zmuszony do użycia bardziej oficjalnych argumentów.
H. milczał dalej. Czas, odliczany przez sporych rozmiarów zegar, wiszący na jasnej ścianie nad wejściem do pokoju, nieubłaganie mijał. Ten kazus – bezwzględność nadejścia nieuniknionej przemocy w perspektywie upływających sekund – to było najpotężniejsze oręże w rękach tamtego. Tak naprawdę jednak zrozumienie powagi chwili nie zdawało się wpływać na H. destrukcyjnie. Wciąż były to zwyczajne czynności śledcze, jakich doświadczał był w przeciągu ostatnich miesięcy już niejednokrotnie.

Max to widzi. Najszczuplejsza wskazówka czasomierza porusza się coraz szybciej, coraz żwawiej, jak gdyby to ona, nie Necker, miała za zadanie uniemożliwić mu jakąkolwiek formę obrony. Milczy więc, w poczuciu bezradności wobec śledczego, tracąc powoli wszelkie pozostałe jeszcze skrupuły. Coś w nim pęka: „jeśli nie dziś, nie powiem nic już nigdy więcej” – myśli.

Urzędnik wstał bez rozmachu. Zataczając znacznych rozmiarów okręgi, dobrnął w końcu do miejsca, w którym pozwolono spocząć H. Nachyliwszy z niemałym trudem twarz ku przesłuchiwanemu, odkaszlnął, po czym, spokojnie rzekł:
– No, to jak będzie? Przecież obaj wiemy doskonale, że musisz to powiedzieć, nawet jeżeli nie jesteś winny.
– Ja nic nie wiem – wymamrotał przez zaciśnięte zęby H.
– W takim razie pokażę ci, co masz wiedzieć – powiedział tamten, po czym – odszedłszy na krok czy dwa w kierunku biurka – skłonił się z niemałym wysiłkiem ku dolnym szufladom mebla. Z jego ust dobył się świszczący skowyt i doznał nagłego napadu kaszlu, ciężkiego, gruźliczego kaszlu.

Max spojrzał na przeginającą się, wątłą z tego prospektu postać, a ona usiadła, po czym – sięgnąwszy w dół – wyciągnęła spomiędzy niedbale rozrzuconych kartek, które naraz uniosły się w górę, kawałek drewna o kształcie przypominającym pałkę, nieco jednak wyprofilowaną, o gumowej rękojeści, zakończoną sporych rozmiarów trzonkiem. Kaszel wnet minął. Necker wyprostował się na krześle i spokojnie, jak gdyby nigdy nic, stwierdził:
– Teraz zaczniemy rozmawiać inaczej.
Ale z początku nawet się nie przybliżył. Siedział bez ruchu na krześle, spoglądał w okno. Po około minucie wstał, ułożył przygotowane narzędzie równo na blacie, a następnie postawił dwa, może trzy chwiejne kroki w kierunku ciągu szaf i meblościanek stojących z lewej strony biurka.

Po cichym szmerze, oznajmiającym przekręcenie klucza w zamku, najpierw wzrok, a potem wszystkie zmysły naraz rejestrują barek. Jest oświetlony jaskrawym światełkiem lampki halogenowej wmontowanej w drewnianą konstrukcję. Kolorowe butelki i flakoniki, mieniące się refleksami w blasku świetlówki, są w głębokim nieładzie; wypełniają je alkoholowe treści w odcieniach brązu i karminu, gdzieniegdzie trafi się odpieczętowana flaszeczka, na pierwszy rzut oka bez zawartości, po chwili głębszego zastanowienia rozumie się, że to czysta wódka, tak przejrzysta, że aż transparentna.
Necker wyciąga dłoń po literatkę, w poświacie widać, jak skóra bardzo jest czerwona, gorejąca szkarłatem jak mięso, mięso świeżo ciepłe po niedawnym uboju. Szereg kieliszków, szklaneczek i lampek rozdzwania się pod wpływem tego labilnego ruchu: szkło uderza o szkło; on stawia literatkę na drzwiczkach i nalewa z którejś z butelek do połowy, po czym, nieustannie dzierżąc w prawicy złotawe naczynie z niknącą cieczą, wypija duszkiem. Niewystarczająco. Dolewa i pije do dna raz jeszcze.
Tuż nad wnęką barku znajduje się wolna przestrzeń, gdzieś w jej obrębie migocze metalowa papierośnica, raptem pojawia się wewnątrz pięści śledczego, on wyciąga jednego i zapala. Dym miesza się ze światłem, w górę unoszą się niebieskie chmury, z wolna szybują pod parytetem sufitu.

Dopiero gdy papieros wypalił się do trzech czwartych i umiejscowił go w rynienkach kryształowej popielniczki, leżącej spokojnie zaraz obok sterty papierzysk i pałki na biurku, wziął ją do ręki i począł zbliżać się do krzesła zajmowanego przez H. Oczy zaszły mu dziwną karmazynową mgłą, tętniczki białek nabrzmiały.

Pierwsze uderzenie było najbardziej nieoczekiwane, bo Z ZASADY pierwsze uderzenie przychodzi dokładnie w tym momencie, gdy postawiłbyś wszystko na to, że jednak nie nadejdzie. H. poczuł tępy ból, narastający w lewym nadgarstku i pulsujący wraz z przemieszczaniem się wskazówki ponad jego głową. Czuł ją, mimo że nie była w zasięgu wzroku. Kolejne ciosy stanowiły wyłącznie kwestię tego samego – miarowego tykania sekundnika. Necker mnożył się, a właściwie dłoń Neckera, ta, w której trzymał pałkę, multiplikowała się jakby w nieskończoność. Jej zarys ginął w dziesiątkach bliżej nieokreślonych sekwencji nieostrych ruchów.

Obrzęk lewej dłoni potęgował się, a prywatny kat H., nie ograniczany żadnymi prawami, z opętaną furią w oczach, niszczył coraz większe połacie organizmu Maxa. Okładał teraz drugą rękę, zwiotczałe mięśnie były nadto zmęczone, w żaden sposób NIE MOGŁY oponować. A nawet gdyby mogły – skrępowane były linkami, wiążącymi tę coraz mniej wyraźną postać do drewnianego mebla, który stał w środku, który był niemym świadkiem intensywnego procesu spowiedzi.
Tytoń w papierosie spalał się powoli, daleko jeszcze było do całkowitego spopielenia; tlił się łagodnie, stopniowo odkładając się w lazur trującego morza ponad ich głowami.

Necker nie planował już teraz punktów ataku. Bił go po głowie, po klatce piersiowej, grad ciosów opadał na bezbronne ramiona. Trafienia rozsiewały coraz gęstsze sińce na każdym centymetrze kwadratowym skóry. Napuchnięte tkanki mlaskały, rozbrzmiewając donośnym echem wraz z kolejnymi natarciami.
Max upadł razem z krzesłem wprost na utytłaną powierzchnię beżowego gumolitu. Znajdowały się na niej ślady wcześniejszych walk, obumarłe włosy, czarne szramy po podeszwach butów, zatłuszczone linie, odciski palców, skóry.

Twarz miał zakrwawioną i włosy całe umazane głęboką czerwienią; najgorzej jednak było w okolicach uszu, z których drobne strumyczki, spływając w dół, żłobiąc wąskie koryta w szczecinie niezadbanego zarostu, rozlewały się brunatnymi plamami kałuż na policzkach. Brud z podłogi mieszał się z potem, mieszał się z zasychającą krwią, w słonecznych łunach dostrzegał Max setki drobinek kurzu: niektóre wisiały po prostu w jasnym powietrzu, inne wirowały dokoła; zabawiając się, krążyły między sobą.

I to był ten moment. Zbierał razy na długo przed tym, ale ów moment, owo trafienie gdzieś poniżej karku sprawiło, że po raz pierwszy w życiu nie udało mu się opanować zawrotu głowy. W piersiach poczuł raptowną duchotę, ciepło sunące po całym ciele, rozszarpujące wnętrze. I ono zaprowadziło go do automatyzacji odczuwania. Zaskowyczał. Nie kontrolował odruchów. Gdy Necker rozpoczął zbliżać się ku nerkom, mdłości nadeszły w jednej z ostatnich sekund, miarowo odmierzanych przez nachalnie szalejący zegar, a ciemność otuliła na wpół przytomny wzrok. H. zemdlał.

Zabrało Neckerowi jeszcze dosłownie parę ciosów, by służbowemu obowiązkowi stało się zadość. Również cierpiał. Na rękach i czole wisiały gęste krople potu, resztę twarzy umazaną miał osoczem ofiary. Gdy przesunął zewnętrzną powierzchnią dłoni tuż pod linią rzadkich włosów, rozmazał płyn ustrojowy zmieszany z potem, namaszczając się krwawym krzyżmem. W gorszym stanie znajdowały się palce, zaciskające się wokół trzonka pałki, niczym szczęki drapieżnika zaciskają się na szyi ofiary: były posiniaczone od tytanicznego wysiłku, ze świeżymi pęcherzami na zgięciach stawów.
Niepewnie zbliżył się do uchylonego barku i chciwym ruchem przytknął butelkę do ust. Pił łapczywie. Po trzech głębokich łykach otrząsnął się i po cichu powiedział coś, ni to w kierunku ścian, ni to do siebie.
Sięgnął po papierosa, ponieważ wcześniejszy nie przetrzymał próby czasu. Zapałki zachrzęściły w pudełku.

Zapala. Teraz stoi przy oknie, patrzy na bawiące się dziewięć pieter niżej dzieci. I pali. Oddech ma nierówny, powietrze na brzegu jego warg tańczy. W końcu cofa się, odwraca głowę i wtedy dzieło w końcu zostaje zwieńczone. Wulgarne splunięcie. Bezkształtna masa szaro-żółtej flegmy ląduje tuż obok głowy H. Pada ostatnie zdanie, na wpół trzeźwo dobywa się z ust oprawcy:
– Popracuj jeszcze nad ortografią, synu.

Uchyliwszy drzwi, Necker opuszcza izbę. Z zewnątrz napływa słodki, orzeźwiający chłód. Przynoszą go umundurowani mężczyźni, którzy w kolejnej sekundzie, w ciszy odwiązują od krzesła wiotkie, bezbronne ciało, podnoszą je z podłogi. Wychodzą bez słowa. Na gumolicie ogniska krwi błyszczą się w słońcu.

Las zielonych kontrolek

Posted by OS On 18 - Marzec - 2009 Komentarze są wyłączone

Było ciemno. Za ciemno, a i tak przymknąłem drzwi: klaps, zamek zatrzasnął nas wewnątrz; żywej duszy, żywego ciała, nic nie widać, nawet własnej dłoni. Przykładam ją sobie do oczu i nic nie dostrzegam.

– Gubię się w mroku – wymamrotała w końcu, więc sięgnąłem ściany.
Poczułem pod obeschniętymi opuszkami palców obły kształt, śliskość plastiku. Cyk. Rzędy dziesiątek podłużnych świetlówek rozbłyskają naraz jasnoniebieskim światłem.
– Już.
– Przecież widzę, że już.
– Spoko.

Po pięciu sekundach moje oczy przyzwyczajają się do światła, powoli kojarzę fakty, powoli rozpoznaję kształty, rozpoznaję ją. Mocny makijaż, letnia sukienka w środku zimy, amorfia włosów: pną się i opadają na kark, nakrywają ramiona.
Idziemy powoli po litym betonie, przemieszczamy się bez trudu, jakbyśmy na orbicie prędzej się znajdowali niż pod poziomem morza. Osiągamy cel ostatnich stu kilkudziesięciu kroków pełznięcia.

Jest jedno takie miejsce. Z zewnątrz wygląda na zatęchłą suterynę. Ubrawszy się porządnie na wypadek niespodziewanej zamieci, zachodzę tam często w styczniach i lutych, kiedy wiatr szarpie z natarczywością dwulatka omszałe kikuty olch, jesionów i sosen. Ledwo po lekkim uchyleniu odrzwi i pierwszym, zdekoncentrowanym spojrzeniu okazuje się być ono Zapomnianym Królestwem.
Schodami w dół skrętno-posuwistymi ruchami pędzą niezgrabne wije, stonogi o odwłokach w kolorze wyblakłego grafitu. Uciekają przed moimi krokami. Dalej jest łatwiej, dalej jest już płasko: hale zagracone ogromnymi kadziami wypełnionymi po sam szczyt czymś, co w życiu nie śniło się inżynierom, technologom, chemikom, rozciągają się na przestrzeni kilkudziesięciu arów; łożyska potężnych wentylatorów o sześcioramiennych wiatrakach, nadmuchujących na rozgrzane do czerwoności blachy radiatorów, zgrzytają z ultrawysoką częstotliwością; nieskończona aparatura silników połączonych ze sobą na pierwszy rzut oka bez poważniejszej logiki piszczy, pracuje, myśli. Z góry arteriami kanałów i rur cieknie woda, obija się o zgięcia kolanek, trójników donośnymi chlapnięciami, przepływa przez pompy i mknie bez celu przed siebie, znajdując swoje ostateczne ujście chyba dopiero w morzu.
I ponad wszystko jest hałas, wszechogarniający hałas tłoków, turbin, stali pokrytej kilkunastocalowym nalotem rdzy.

Meritum, sercem tego podziemnego organizmu jest szereg szaf elektrycznych, pnących się do góry aż po sklepienie. Migają na nich zielone lampki. Tysiące drobnych światełek, nadzorujących pracę całości, tkwi bez ruchu w chłodnym żelazie, wtapia się w zautomatyzowane cielsko matki. Są jak oczy tej machiny, wiecznie otwarte oczy drapieżnika, namiętnie czuwającego nad upolowaną zdobyczą. Patrzą i obserwują nawet podczas snu. Widzą nas.

Widzą nas: jak siadamy na kocu u podnóża odrapanego z białej farby filaru, podtrzymującego strop. W półparterze zmienia się perspektywa. Koc jest brązowy, w beżową kratę. Jest podziurawiony przez mole, leżał tutaj jak szmata, przy żebrach kaloryferów. Ale siadamy.

– Spójrz, te zielone płomyczki tam, we wnęce, wyglądają jak las – mówi ona.
– Tak, jak las zielonych kontrolek. Jak najprawdziwsza puszcza pełna dzikich zwierząt.
I wkłada rękę do kieszeni, wyciąga paczkę zapałek.
– Grzechotka.
– Grzechotka – potwierdzam.
Zaczynamy stukotać zawartością. Powietrze stoi.
– To jeden wielki, rubaszny dowcip.

Czas mija. Patrzymy przed siebie. Ja na nią – jest z boku – potem znów przed siebie.
Lampki połyskują wątłą łuną i wszystko staje się coraz bardziej zielone, nawet koc, na którym siedzimy, nawet powłoka betonu, szarzejące płaszczyzny odrapanych ścian i obrysy kolumn. Nawet my, czyli nasze twarze. I wasze. Zielenieją z zazdrości, że nie ma dla nich miejsca w tej bezpłciowej anegdotce.

Od początku

Posted by OS On 12 - Marzec - 2009 Komentarze są wyłączone

Wstaję rano, zapalam papierosa. Przed śniadaniem – pierwszy papieros po przebudzeniu zawsze za zdrowie świata. Za oknem jest szaro, jest jak gdyby nigdy nic, jak gdyby wszyscy pouciekali na zachód, na południe przed przeciągającą się zimą. Wszystko jedno.
Plus cztery: czuć gnijącą wiosną, nowym początkiem, nową nadzieją, Wojnami Gwiezdnymi. Chodniki upaprane olejem napędowym, ropą naftową; upaprane jakimś czarnym syfem, co to pojawił się chyba wczorajszej nocy. Zrzucili go nam pod nogi, żebyśmy brnęli dalej jak najwolniej, przynajmniej ja – im wolniej, tym lepiej.

Stąpam spokojnie, mówię dzień dobry każdemu napotkanemu przechodniowi, tak jak w reklamach gazety codziennej. Kiedyś wydawano gazetę o tym tytule, kto wie, czy jeszcze istnieje (z redakcją w jednym z wielkich miast), czy cokolwiek prócz tego opustoszałego miejsca wciąż JEST.
Właśnie. Każdemu przechodniowi rzucam od niechcenia: „cześć”, ale oni nie odpowiadają, zwyczajnie nie istnieją, pochowali się po instytucjach państwowych, po supermarketach, galeriach handlowych, w domach, w łóżkach, kłócą się o pieniądze z obsługującymi kasy fiskalne, jedzą płatki kukurydziane na śniadanie, chrapią, przerzucają kanały platformy cyfrowej o jednoliterowej nazwie. Nikt nie odpowiada, nikt nie mija. Pustka. Tylko ten czarny, topniejący śnieg, biało-szaro-brunatne NIC.

Wiem, w nocy były wybuchy bomby jądrowej. Widziałem przez zamknięte powieki. I tak mogli podać alfabetem Morse’a w radiu, które skończyło nadawać o drugiej trzydzieści cztery po północy czasu wschodnioeuropejskiego, kiedy jeszcze spałem: epicentrum wybuchu tu i tu – STOP – w podwarszawskich Ząbkach – STOP – w centrum Poznania – STOP – w Trójmieście – STOP – w Rudzie Śląskiej – STOP – na granicach wschodnich i zachodnich – STOP – prezydent RP w wyniku masowych aktów terroru wypowiada wojnę wszystkim bez wyjątku – STOP – państwa ościenne nie przyznają się do swych braci – STOP – ra-tuj się kto mo-że! – BEZ ODBIORU.
Ostatnia audycja ostatniego radia.

Że też nie sprawdziłem, wychodząc, co w domu słychać. Nie zdziwiłbym się na obcą kobietę albo obcego mężczyznę w łóżku. Kogokolwiek.
Sklepy pozamykane, światła jaśnieją w ciemności. U dachów wiszą sople, czyhają na jeden nieopatrzny ruch. Nad budynkiem stacji kolejowej powiewają flagi w narodowych barwach, opuszczone do połowy, z czarnymi wstęgami drącymi materiał wpół, na czerwień i biel, na biel i czerwień. Z jakichś odległych miejsc niosą się warkoty pociągów, piski i szmery dobywają się stamtąd niemrawo, zwielokrotnione przez echo są teraz wyłącznie odbiciem swoich początków.

Bardzo źle. Za bardzo wszystko jedno. Na przykład zapalniczka odmówiła posłuszeństwa. Ale z drugiej strony w powietrzu unosi się zapach amoniaku, świeżego mięsa, kiełkujących pierwocin traw i kwiatów; mam jeszcze zapałki. Pani wiosna kroczy, rozsiewając zalążki życia we wszystkim, czego się tknie, na chodnikach leży coś o niezidentyfikowanej kolorystyce i konsystencji.
No nic – mówię do siebie, uchylając niedomknięte drzwi gmachu jakiegoś zdewastowanego ośrodka, w którym pracuję na swój ZUS – czeka nas ciężki dzień, ciężka dniówka, ciemna, długa wieczność.

Ostatni papieros z paczki jest zawsze za rychły koniec. W tym przypadku najprawdopodobniej już po wszystkim.

Recent Comments

Nieoficjalny portal Miasta i Gminy Łazy. Kontakt: kontakt@lazowianie.pl. Telefon kontaktowy: 886 466 788

Recent Comments

Święta Majowe

On kwi-21-2009
Reported by Rider

Wybory Sołeckie

On kwi-23-2009
Reported by Rider

Człowiek-jesień

On lip-28-2009
Reported by OS

Zakochani w małej, białej piłeczce

On mar-25-2009
Reported by Rider

W obliczu kryzysu

On mar-19-2009
Reported by Rider